Kanały:
Wpisy
Komentarze

Na wyraj!!

Na wyraj jedziemy, na wyraj!!
Leśne Baby sztuk dwie porzucają dzisiaj miasto na najbliższe kilkadziesiąt godzin, zostawią za sobą spaliny, wyjące pod oknami szczawiany i ich stwórców puszczających disko-z-pola, żulię plującą na chodniki i same chodniki, umajone śmieciem i kupiem…
Na wyraj! Lato… no dobrze: Wiosna Leśnych Ludzi, dwudniowa. Będziemy obchodzić hurtowo: Noc Walpurgii, Beltaine, Dzień Flagi i Wieczór Kurzyny Z Grilla. Oraz Poranek Kojota, jeśli bon nie będzie jour dla alkoholizowania organizmu ;>
A kto nie w Lesie, ten homo betonus, o.

Ostara

takie to są rzeczy, które niosą spokój:
cierpki smak teiny w herbacianej toni,
galop słońca przez chmury w marcowy poranek;
ciepło kociej sierści wtulone do dłoni;

czuła myśl o bliskich, skulona pod sercem,
zapach nowej książki, smak przygód nieznanych;
sadzonka nadziei wschodząca wraz z wiosną;
i wspomnienie ścieżek dawno przedeptanych.

takie to są rzeczy, które niosą spokój,
na przekór zwietrzałym, upartym strapieniom:
świeży chleb kromkami chrupiący na stole;
uśmiech, co się zrywa ku dobrym wspomnieniom.

Takie będą rzeczy wokół nas na stałe
zasilone mocą od obrotów Koła:
w ciszę i w niepamięć stoczą się zmartwienia
kiedy w blask słoneczny nowa pieśń nas woła.

Frozen

Kiedy go zobaczyłam, w pierwszej chwili myślałam, że to zamarznięty Kot, albo mały pies, i od razu zrobiło mi się gorąco, mimo kilkunastu stopni mrozu.
U stóp wielkiego dębu, o kilka metrów od murowanych brzegów kanału Brdy, jak czarny łachman rzucony na ziemię – z głową wciśniętą pod skrzydło, w pozycji, która mówiła “wszystko mi jedno, i tak wiem, że umrę”, przycupnął kormoran. Mozaikowe, lśniące pióra pokrywały gęsto grudki lodu, jedno skrzydło odstawało od ciała, jakby było złamane. Podeszłam bliżej – wąski łeb wysunął się spod piór, zerknęło na mnie jaspisowo zielone, okrągłe oko i ptak usiłował podreptać w stronę kanału i wody, ale pary starczyło mu tylko na kilka kroków – padł na pierś i zamarł, łypiąc na mnie ponuro.
Dookoła – park. Ludzie wędrujący z psami, otuleni w ciepłe rzeczy, ktoś rzuca obojętnie “a siedzi tu od wczoraj, z kaczkami próbował pływać”. Ktoś robił zdjęcia, to przecież taka mała lokalna atrakcja: chroniony ptak w środku wielkiego miasta, a że właśnie przymarza do gruntu? A kto by się przejmował.
Zadzwoniłam do straży miejskiej, przełączyli mnie do sztabu kryzysowego – “za pół godziny przyjedzie weterynarz”.
No to czekam. Dołączyły się dwie przechodzące parkiem licealistki, poprosiłam, żeby przypilnowały zwierzaka i korzystając z tego, że do mojego domu było stamtąd może z 300 metrów, skoczyłam do mieszkania po karton i jakiś kawał materiału, na wypadek, gdyby ptaszysku zachciało się uciekać. Łapanie kormorana okazało się łatwiejsze niż pogoń za mydłem w wannie – próbował  zwiać, ale nie miał sił. Narzuciłam na niego firankę (…no, co?.. na wszystkich dostępnych kocach spały moje Koty..), zakryłam kartonem, zaszamotało, gęgnęło i zapadła cisza.
Zanim doczekałyśmy się przyjazdu weterynarza, minęła prawie godzina. Pudło z pierzastą zawartością parę razy próbowało powędrować w nieznane, ale bez efektu. W międzyczasie jedna z licealistek pożegnała się i odmeldowała do domu, a druga, z którą ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę (od słowa do słowa okazało się, że chodzi do “mojego” byłego liceum), nieoczekiwanie dostała krótkiego, acz dramatycznego napadu prawdopodobnie padaczkowego, efektownie lądując nagle na ziemi. Pozbierałam ją do pionu, zadzwoniła po rodziców, i w pięć minut po tym, jak dotarła do nas weterynarz i kormoran został zapakowany w skrzynię wyścieloną sianem i zabrany do lecznicy – rodzicielska kawaleria przyjechała z odsieczą licealistce i mogłam wreszcie zwiać do ciepłego…. do domu. Zacukałam się przy słowie “ciepły”, albowiem w mieszkaniu mam całe 16 stopni i dalibóg – nie jest to komfortowa temperatura dla niskociśnieniowca :/
Puenta niestety nie jest pozytywna.
Krótko po tym, jak odtajałam przy gorącej herbacie, zadzwoniła – skądinąd bardzo miła i pomocna – babka z centrum kryzysowego, która ściągnęła nad kanał weterynarza, z informacją, że kormoran nie przeżył. Pół godziny po tym, jak w lecznicy rozpoczęto dogrzewanie kompletnie wyziębionego ptaka, odleciał – tym razem na zawsze.
Może tam, gdzie odlatują kormorany z piosenki Szczepanika..?


Ni ma.

..Stęskniliście się?..
Tak?…

 

 

 

To jeszcze może trochę potęsknijcie.
Nie mam kompletnie weny, za to całkiem soczystą depresyjkę.
Na pocieszenie zostawiam zdjęcie Kotka.

..5 (słownie: pięć!) odwiedzin na stronie. Noo, żebyście się czasem nie podeptali, doprawdy :/…
Oł rajt, niech będzie, że marudzę. A kto bogatemu zabroni?..
Ale w sumie, to nie o tym chciałam. Tak sobie łypnęłam, z jakich odnośników i po jakich poszukiwanych słówkach różni tacy trafiają na mój blog. I wyszło mję dziś, że ktoś – o, jakże serdecznie współczuwam!! – wszedł był na Mirror Moon poszukując.. bajek dla dzieci o rycerzach ^^.
Uh-oh. Coś czuję w moczu, że “Bajka dla dzieci potłuczonych – o rycerzu i babuleńce” (patrz kilka wpisów wstecz) to NIEKONIECZNIE jest coś, co czuła mama czyta pacholętom na dobranoc…. };->
Teraz coś z zupełnie innej beczki. Za pasem Mikołajki (choć jako żywo, za moim pasem nijakich Mikołajków nie ma, sprawdzałam..), a tradycją mikołajkową są upominki. W kapcie tudzież skarpetki wkładane pracowicie a cichcem przez Dobroczynne Siły Wyższe.
Zatem aczkolwiek jestem już dorosłą dziewczynką – składam niniejszym zapotrzebowanie mikołajkowe.
Takiego, o, chcę Mikołaja na Mikołajki:

 

Grey veil of mist

zapach dymu we włosach,
czy jest barwy ognia?
czy się tylko wplata niewidocznym cieniem?
czy zdążę płomieniem
zimne dłonie ogrzać,
nim wczorajszy zachód stanie się wspomnieniem?

zapach dymu we włosach
pełznie w dół, w ramiona,
jeżąc szkliwo sierści na zziębniętej skórze;
czy się zdążę rdzawym ubarwić westchnieniem,
zanim wstęgą szarą pójdzie znów ku górze?

zapach dymu we włosach jest tylko przebłyskiem
uplątanym w trzasku złamanych gałęzi,
całopalnym płaczem ponad snów ogniskiem,
gdzie nadzieję zmiany spuszcza się z uwięzi.

My heart is thine..

echoes

 

W 9 godzin spakowałam całą kawalerkę w wory tudzież kartony.
W niecałe 5 godzin zjechałam z całą kawalerką upchniętą w sprintera do Bydgoszczy.
A teraz infekuję ściany muzyką słuchaną co wieczór w Zielonej Górze i…
tęsknię za tym miastem..
Za widokiem z okna. Za smakiem powietrza. Za uśmiechem przypadkowego przechodnia w drodze na deptak osłonięty żółknącymi lipami..
Drozd Wieczny Tułacz. Telemachu, ty baranie, gdzie twój dom?…

 

 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.