Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Sierpień 2009

COŚ TAM BYŁO!! CZŁOWIEK!!

Niedziela upłynęła pod wpływem klina.

zaznaczam, że wyżowego… ;>
Poranek obietnic nie dotrzymał, popołudnie było szarobureobydwa, ale niestety bez deszczu, co źle wróży grzybobraniu.
Zasadniczą częśc niedzieli spędziłam odganiając Oszołoma od miski z bobem.
Oszołom uparcie nie dawał się odpędzić i ładował się centralnie w miskę.
Wygoniony – powracał z lewej strony.
Odepchnięcie czarnego ryja skutkowało powrotem z prawej.
Zburczany – przyczaił się obok stołu i wnikliwie studiował mi dno oka.
Potem w pokoju nastała cisza tak znacząca, i tak absolutny brak Kota, że stało się jasne, iż siedzi na oparciu kanapy za moimi plecami.
Obejrzałam się.
Kota nie było.
Przysięgłabym, że został okruszek uśmiechu.
Za to po odwróceniu się do stołu odkryłam pomniejszenie masy bobu o co najmniej dwa ziarenka.
Oszołom generował aurę podwyższonego nicnierobiena, po czym uparł się, że wejdzie do internetu – efekt na zdjęciach.

Wnioski z niedzieli:

Kot po konsumpcji bobu nie generuje tego, co zwykle bywa generowane po zjedzeniu strączkowych.

Po drugie – ekran laptopa jest kotoodporny..

Read Full Post »

Mam Oszołoma

NocuśJak w tytule.
Oszołom to nr trzeci na liście – dotychczasowej – moich Kotów. W odróżnieniu od pozostałych, jest Kotem zielonogórskim, stricte miejskim, ma szajbę większą niż miał
y moje ś.p. szczurzyce, a to naprawdę jest COŚ, bo to były kompletnie pokręcone zwierzątka. Natomiast tak samo jak moje dwa pozostałe Koty, Oszołom jest znajdą.
Oszołom ma na imię Nocek – w wariantach: Nocnik, Ponocnik, Ponocek.


Znalazłam go ponad rok temu na jednej z zielonogórskich ulic. Pracowałam wtedy przy dekoracjach weselnych i w upalną sobotę na przełomie czerwca i lipca wędrowałam w górę ulicy Kupieckiej w oczekiwaniu na samochód, który miałyśmy dekorować, gdy wtem pod ścianą kamienicy, w kępie trawy wyrosłej między kamieniami fundamentu, podskoczyła rozkraczona, czarna „żaba”.
Zdrętwiałam. Mam – stety lub niestety – dar przyciągania różnych znajd, najczęściej Kocich – i bacznie się wystrzegam rozglądania po ulicach i zakamarkach miast, by nie trafić na kolejną sierotę, której najchętniej nie oddałabym już nikomu. Na nieszczęście nie dysponuję możliwościami, by być dla takiej znajdy choćby domem tymczasowym; nie mam auta, by
ewentualnego pokaleczonego lub chorego delikwenta zawieźć do weta, za to mam w domu rodzinnym ciężko i przewlekle chorego Kota-domownika na nieziemsko drogiej stałej diecie, nieduży metraż i niestety ostatnio – chorą Mamę. Jednym słowem, kiepskie warunki dla zbieractwa zwierzęcego..
Ale ta mała „żaba”, skacząca ze ślepą histerią na mur kamienicy, przerażona jeżdżącymi za nią w dużym natężeniu samochodami… coś trzeba było z tym zrobić. Zaczęło się polowanie na Kota, który na mój widok z dzikim pluciem i fukaniem zwiał w czeluść bramy obok.
Próbowaliście kiedyś szukać czarnego Kota w ciemności?
Tak, wiem, było takie zagadnienie metafizyczne. W teorii.
W praktyce jest jeszcze trudniej: Kota można było zidentyfikować li i jedynie po zdyszanym oddechu, który expresowo przemieszczał się w górę klatki schodowej z nadzieją na zgubienie prześladowy.
W dzikim pędzie zwiedziliśmy sobie zatem gabinet fryzjerski i poczekalnię, gdzie uciekinier okopał się za skórzaną kanapą i zza niej pluł w moją stronę najgorszymi inwektywami, a gdy sięgnęłam po niego ręką – czmychnął desperackim susem… prosto w stronę balustrady schodów – a sądzę, że taki mały Koci smark niezależnie od gibkości swojej rasy, nie miau by wielu szans po upadku z pierwszego piętra.
W ostatniej chwili Go złapałam.
Za ogon ;>
Najwyższa obraza! opluł mnie, osyczał; buczał, wrzeszczał, kopał ile fabryka dała mocy – do chwili, gdy wzięłam przykład z Kociej mamy i najpierw zaserwowałam Mu taką samą wokalną odpowiedź (swoją drogą, elegancko ubrana młoda kobieta, stojąca w poczekalni zakładu fryzjerskiego z maleńkim Kociakiem w dłoni i sycząca do Niego – to musiał być…  interesujący widok ;>), a potem mocno schwyciłam Go za skórę na karku – dokładnie tak, jak to robi Kocica. W tym momencie duch walki poddał się i zamknął na amen. Z budynku wyniosłam czarną, bezwładną szmatkę, zwisającą mi z ręki bez drgnienia.
W pracowni florystycznej, po kilku kpinach nt umieszczenia znaleziska w kompozycji weselnej, zamówiłam taksówkę i pojechaliśmy – Kotek w kartonie – do weta w schronisku dla zwierząt. Moje akcje mocno wzrosły u pracowników, gdy okazało się, że nie zamierzam im zostawić znajdy, i poproszony o lekarską konsultację wet otworzył karton, by obejrzeć malucha.
Jak to mówią w filmach amerykanckich – obejrzyj your ass. Duch walki powrócił na stanowisko i Kociak przywitał pana doktora wyciem godnym banshee, a pluł przy tym imponująco i celnie. Wyciągnięty za frak z pudła, nie dał się już zastraszyć i włączywszy piłę łańcuchową z machających, pazurzastych łapek, zdołał całkiem mocno dziabnąć weterynarza.
Po czym dostał po dupsku i na tym się brawura zakończyła defintywnie.
Widocznie było to już zbyt wiele wrażeń jak na takiego małego Kotka.
Okazało się, że po pierwsze, chłopak; po drugie, troszkę niedomagają oczka i nochal (czyli standard u piwniczno-uliczników); po trzecie, zawszony, co natychmiast wyeliminowano psikając na zwierzaczka odpowiednią trutką.
Kot przeżył, pasażerowie na gapę nie mieli szans.
Ponieważ poszukiwania domu dla małego awanturnika nie dały, jak łatwo się domyślić, żadnych efektów, stało się jasne – a właściwie czarne jak smoła ;> – że mam trzeciego Kota.
Na wszelki wypadek przez dłuższy czas trzymałam Mamę w błogiej nieświadomości powiększenia rodzinki. Trochę tylko myliły mi się imiona, gdy przyjeżdżałam do Bydgoszczy i zamiast „Mamoń!” wyrywało mi się „Nocek!”. Boże, błogosław – w tym akurat przypadku – pogorszenie słuchu u osób starszych ; ).
Kotek zamieszkał więc ze mną i okazał się bardzo mądrym – jak to Kot – stworzonkiem. Kuweta i piasek zostały już pierwszego dnia napełnione zgodnie z przeznaczeniem, kąpiel zniósł z anielskim spokojem, miseczki i ich zawartość spotkało najwyższe uznanie. Kociak był na tyle duży, że jadł już samodzielnie, ale oceniam Go na nie więcej niż półtora
miesiąca – mieścił się w dwóch złożonych dłoniach, a że dłonie mam małe, więc można sobie wyobrazić, że było to jeszcze Kocie dziecko.
Jaki był los Jego mamy i ewentualnego rodzeństwa – nie wiem. To również jest cecha, która łączy Nocka z moimi pozostałymi Kotami.


W tzw. międzyczasie przeprowadziłam się z wynajmowanego pokoju z osobnym wejściem, ale jednak we wspólnym mieszkaniu, do rozkosznej, zacisznej kawalerki, co Ponocek przyjął bez stresu i właściwie jedyne, co Go naprawdę zajmowało, to gdzie postawię Jego kuwetę i miseczki.
W poprzednim mieszkaniu było w porze wiosennej i jesiennej upiornie wręcz zimno, o zimie nie wspominam nawet, bo te wspomnienia jeszcze mi nie odmarzły – właściciele, typowe sknerusowate, pełne hipokryzji małżeństwo w średnim wieku, uważali 16 stopni Celsjusza za idealną temperaturę wnętrza mieszkalnego, więc Kotek szybko odkrył urok spania ze mną w łóżku. Robi to do dziś i jest przemiłym współspaczem, nie rozpychającym się i nie marudzącym, gdy wiercę się w nocy. Niemniej pobudki bladym świtem, jakie mi funduje chłodna, szponiasta łapka położona  – no dobrze: DELIKATNIE! – na ustach, albo mokry i zimny nochal wściubiany uparcie pod rękę i podrzucający ją dla wyegzekwowanie karesów… nie należą do moich ulubionych. Choć stanowczo wygrywają rankingi popularności na niekorzyść zirytowanego ugryzienia w piętę sterczącą spod kołdry. To już zdecydowane „kurna, wstawaj, michę mam pustą!!”
Miano oszołoma przychodzi mi na myśl średnio 15 razy dziennie, gdy obserwuję, co kłębi się pod czaszką tego małego smolucha.


Pomysłowy Dobromir może mu czyścić buty.

Spanie w zlewie to norma. A spanie w wannie? jako pragnienie poszerzenia przestrzeni „spalniczej”?…

Gdy mieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu, z innymi ludźmi, rozkoszne zwierzątko kradło mi bieliznę, skarpetki, rękawiczki i chomikowało we wspólnej kuchni – choć np. moje figi zawsze lądowały na jakimś exponowanym miejscu.Właził ze mną pod prysznic – była tam najobskurniejsza „kabina prysznicowa”, w jakiej  miałam (nie)przyjemność się myć: w owej wspólnej kuchni było wydzielone parawanem miejsce z natryskiem, wykafelkowane oślizgłymi płytkami i zimne jak serce liberała. Kotu akurat to nie przeszkadzało, właził wraz ze mną, siadając jednak tak, by woda na Niego bezpośrednio nie leciała i – nie zważając na odpędzanie – zlizywał z moich nóg pianę od szamponu.
Przecież mówię, że oszołom, prawda?
Pewnego letniego, gorącego wieczoru, przez otwarte okno wleciał z ogrodu do mojego pokoju pasikonik rozmiarów szybowca – i był to ostatni lot w życiu tej istoty: w Nocku zagrał instynkt łowcy, pasikonik został zamordowany skrytobójczo i zjedzony.
Że tylko do połowy – odkryłam rano, ładując stopę do porannych kapci. Tam mój Koteczek zrobił sobie spiżarnię dla niespożytej części łupu. Mój wrzask mógłby obudzić umarlaka. Na szczęście pasikonika już nic nie mogło obudzić..
Manewry typu włażenie do każdej torby, reklamówki, walizki to oczywizm, więc zawsze muszę sprawdzać przed wyjazdem lub wyjściem, czy nie mam jakiejś żywej ko(t)ntrabandy.
Zwierzątko moje, śpiące czasem niemal 24 h na dobę (a mówią, że niektóre Koty potrafia dłużej ;>), czasami nudzi się w nocy jak przysłowiowy mops. Na szczęście dobra Pani trzyma w łazience na wannie takie duże, kolorowe butelki, które tak urrrrroczo spadają do głębokiej, niezwykle akustycznej wanny. Cóż za przednia zabawa!
O 4 nad ranem.
Mądrość ludową pt „nie kupuj Kotu piłeczek z dzwoneczkiem!!” poznałam już dawno, za sprawą moich Kotów bydgoskich, ale przy Nocku zaćmiło mnie i zaoferowałam mu kiedyś orzech włoski.
Po czym odebrałam go rozczarowanemu Kotu o piątej rano. Nie napiszę, co przy tym mówiłam, nawet mnie nie proście.
Poza wszystkim, jest to jednak Kot bardzo wychowany, nie łazi po stole, nie żebrze o jedzenie podczas moich posiłków – za to sam je jak prosię: po zadaniu Nockowi mokrej paszy, resztkami wypchniętymi nosem z miseczki można obłożyć całkiem suto kanapkę.
Creme de la creme umiejętności mojego futrzaka stanowi jednak aportowanie. Odkryłam to przypadkiem, gdy Ponocek zdemolował mi dekorację z pędów mulenbekii (takie suche, sztywne, ale plastyczne pędy roślinne używane we florystyce) – rozgryzał je na kawałki, roznosił po podłodze, a wreszcie któregoś wieczoru hycnął koło mnie na kanapę, trzymając w ryjku gałązkę, i upuścił mi ją na kolana z miną pełną nadziei. Podniosłam i tytułem próby rzuciłam. Kot dokonał translokacji w tempie „Sokoła Millenium”, nieledwie łapiąc gałązkę, zanim jeszcze dotknęła podłogi – i przyniósł z powrotem.
Ależ był dumny!!..
Godzinę później bolała mnie ręka od rzucania, a Kot miau w oczach niezdrowe ogniki i jeszcze tak na oko ze 3 reaktory pełne energii.
Ponieważ mulenbekia została zamordowana do immentu, zwierzątko poszukało sobie innych obiektów i obecnie każe sobie rzucać: nitki rafii, swoją ukochaną wełnianą rękawiczkę – po licznych kradzieżach i dekompletowaniu każdej nowej pary, ugięłam się i oddałam Mu w wieczyste użytkowanie jedną sztukę, którą już kilkadziesiąt razy efektownie zagryzł na śmierć – a szczególnym kultem otacza małe, okragłe chrupki kukurydziane – i właściwie nie mam szans, by zjeść je spokojnie, ponieważ Nocuś świetnie rozpoznaje szelest otwieranego opakowania i natychmiast jest na moich kolanach: 5 kilogramów czarnoofutrzonego BŁAGANIA. Chrupki są aportowane ze szczególnym entuzjazmem, przynoszone tak długo, aż nie zmienią się w lepką paćkę, wklejoną w poduszeczkę Kociej łapki – wówczas przychodzi się do Pani machając tą łapką z wyrazem niesmaku na pyszczku. Jeśli, zaczytana lub „zainternetowana”, nie zwracam uwagi na Kota, który właśnie teraz MUSI mieć coś rzucone – jestem trącana nosem bez względu na to, co akurat trzymam w ręku. Co zmusza do bardzo wyspecjalizowanych form trzymania kubka z herbatą, na przykład..
Oszołomstwo przejawia się także w wyskakiwaniu zza winkla na moje nogi, gryzieniu w łydkę – takie „szczyp!” przednimi zębami i mnóstwo radości, gdy podskakuję jak oparzona; nalatywaniu na dwóch tylnych łapkach na mnie lub na inny obiekt ataku, z wymachiwaniem przednimi w pozie maga, szykującego się do rzucenia jakiegoś wyjątkowo paskudnego czaru; na towarzyszeniu mi w kąpieli, co polega na zwisaniu ze zlewu do wanny i łapaniu piany/gąbki/słuchawki prysznica.
Czasem oszołomstwo zbiega się z nagłym atakiem czułości i wówczas np. w trakcie podnoszenia do ust kubka z napojem otrzymuję czułego „baranka” od mojego Oszołoma, bardzo zdziwionego faktem, że nie odwzajemniam pieszczoty, tylko mamroczę coś o „czubie pancernym”, wycierając siebie i otoczenie.
Aktualnie Oszołom śpi w uroczej pozie na moim łóżku, z łbem na mojej poduszce – do dobrego nie tylko człowiek, ale i  Kot piorunem się przyzwyczaja…
I całe szczęście, że śpi – bo przynajmniej mogłam napisać tę przydługą epopeję bez Kota włażącego na klawiaturę, dopisującego mi w środku zdania gewiydgbasjhcbsdkjjjjjj, łapiącego kursor na ekranie i kradnącego myszkę (cóż, instynkt…)….

Read Full Post »

First strike


Wypadałoby się jakoś ładnie przywitać, ale kompletnie nie mam ku temu weny – pozostanę więc może przy krótkim „dobry wieczór”, co biorąc pod uwagę, że jest właśnie 01.40, wydaje się już na wejściu sporą nadinterpretacją ;>.
Jakiś czas temu, trafiwszy na stronę photoblog.pl, prowadziłam tam właśnie przez kilkanaście miesięcy coś w stylu dziennika, lecz z pewnych powodów, o których na razie, albo i wcale, wolę nie wspominać  – straciłam całkiem serce do pisania tam,  choć niemal wszystkich Użytkowników tamtego serwisu, z którymi miałam przyjemność zawrzeć znajomość, do dziś bardzo mile wspominam i mam cichą nadzieję, że może i tutaj za jakiś czas się spotkamy.

Mam też nadzieję, że zdołam wrócić do nawyku w miarę systematycznego pisania – kiedyś sprawiało mi to dużą frajdę i cały czas w tej mojej nieco zakręconej głowie żyją pomysły na różne teksty. To, co pojawi się tutaj, będzie zależało od aktualnego nastroju i może przybrać formę felietonu bądź, ekhem, poezji, a czasem po prostu swobodnego przepływu świadomości ;>

Kilka słów na początek?..

Rocznik ’76 – jeden z najlepszych \m/ ; ),  inżynier ochrony środowiska; dziecko dziennikarza i biologa analityka ; ); moje „uberallesy” ; ) to m.in:

*Koty

* Muzyka: metal, szanty, folk, klasyczna, gotyk… plus całe mnóstwo innych;

* Literatura – przyznam, że głównie fantastyczna – należę do AA , i, proszę drogiego Czytelnika, nie jest to stowarzyszenie moczymordów ;P, tylko Zielonogórski Klub Fantastyki Ad Astra;

* jestem uzależniona od Natury: Las jest miejscem, do którego wyciągniesz mnie bez kłopotu, czego nie można powiedzieć o zadymionych lokalach.

Reszta.. reszta wyjdzie w praniu, czyli podczas lektury tego, co się tutaj będzie pojawiało. Będzie o Kotach, i to dużo, ze zdjęciami włącznie, będzie o Muzyce; o konwentach SF, czyli spotkaniach miłośników fantastyki – polecam najbliższe tego typu wydarzenia, czyli Polcon 2009 – w Łodzi, 27-30 sierpnia, a niedługo potem – Bachanalia Fantastyczne w Zielonej Górze, 18-20 września, na które niniejszym serdecznie zapraszam.

Będzie szczerze i trochę boleśnie o tym, co wynikło z mojej przeprowadzki do Zielonej Góry z Bydgoszczy 3 lata temu ; będzie idiotycznie i absurdalnie, ckliwie i sentymentalnie, złośliwie i czule.

Czyli generalnie tak, jak mi gra w tym dziwnym zakątku, zwanym duszą.

Zapraszam.

Zajrzyj czasem do mnie. Wypijemy płonący absynt, obwąchają Cię moje Koty, włączę Ci WASP i Dead Can Dance, nakarmię pysznym ciastem, pomilczymy, pośmiejemy się. Może czasem zapłaczemy razem…? bo czasem nie sposób opanować łez, gdy płoną nasze marzenia….

Do przeczytania zatem…….





Read Full Post »