Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2010

dar utracony

 

Zajrzyj pod poduszkę
tam jest pierwszy Dar:
słony kryształ żalu
– nie noś go za dnia..

Zajrzyj do pończochy:
drugi Dar tam lśni
– echo, ślad nagości
jęk skroplony w łzy..

A trzeciego szukaj
nim przed wyjściem z domu
wsuniesz stopy w buty
– lecz nie mów nikomu
o tym, jak boleśnie uwiera do krwi
żwir niechcianych wspomnień.
Wyjdź –
i zamknij drzwi..

 

Read Full Post »


Czy jeszcze pamiętasz, jak to wszystko się zaczęło?
Czy w ogóle cokolwiek pamiętasz – pogrążony w tej małej, słabej istocie, bezradnej wobec porzuconych marzeń, ślepej na dawny splendor?..
Czym byliśmy, czym jesteśmy… pamiętam, czym byłeś, ale patrząc teraz na ciebie już tego nie umiem dostrzec. A ty już tego nie znajdziesz nawet na dnie swoich własnych oczu..
Szkoda…
Nie tak to wszystko miało wyglądać…
Skulona na parapecie, wbita w milczenie ścian, patrzę, jak deszcz ciska w szyby tysiącami srebrnych igieł, ale nie słyszę wiatru, który je niesie. Ani bębnienia wody na zewnątrz: koncentruję się na tej Wodzie, która krąży we mnie.
Sól i krew.
Łzy i szkarłat.
Ciemne, gorące życie krążące w moim ciele, niosące świadomość przez każdą komórkę..
Byt określa świadomość, a świadomość istotę?..
Więc – czy pamiętasz, czym, KIM jest twoja głęboko ukryta, obawiam się, że  na zawsze już utracona Istota?….
Czy pamiętasz wolność, niezależność i siłę, z jakiej się zrodziliśmy?..
Pamiętasz, co oddaliśmy za zstąpienie w Ciało?….
Pamiętasz jeszcze, jak to jest: latać?…
Nie policzysz nawet w gwiazdach, nie pamiętasz, ile obrotów Koła temu ty i ja – a było nas wielu: czy tamci też podzielili, podzielą los twój i mój?… – jak dawno temu przyjęliśmy tę formę..
Ja pamiętam.
Dawno, bardzo dawno temu, lecz przecież nie na tyle dawno, by istniejące jeszcze stare pisemne przekazy nie podawały naszych imion. Tyle ich było – a żadne nie oddaje naszej prawdziwej natury…
Nefilim.
Upadli.
Aniołowie.

Błahe, małe nazwy. Wyobrażenia bez wyobraźni, wizje bez prawdziwych skrzydeł, legendy nie dorastające do  rzeczywistości…. Co gorsza – tę ostatnią nazwę zbyt często i zbyt ochoczo przywołuje się obecnymi czasy, stała się… modna.
Na litość Piekieł… jesteśmy więc obiektem mody. Trendu…

Prawdą jest, że nigdy nie stworzyliśmy dla siebie samych odpowiedniej nazwy, stąd może owe zastępcze imiona, te próby nazwania tego, czego ludzki język nie jest w stanie opisać bez popadania we wzniosły sentymentalizm i nadętą propagandę..
Jakakolwiek byłaby jednak semantyka – ty i ja wywodzimy się z Błękitnych: to ci spośród nas, którzy weszli w ziemską formę – ciało, krew i kość – by poznać, doświadczyć jednej z najpotężniejszych sił istniejących w świecie materialnym – by poczuć doznania zmysłów..

Smak… słodycz, gorycz, sól…
Węch.. nieprzebrane bogactwo aromatów…
Pieszczota, jaką odczuwają oczy na widok kojącej zieleni młodych liści…
Słuch – dźwięki przetworzone przez żywe ciało, przesączone przez szept krwi: jakże często muzyka brzmiała rytmem naszych serc..
Jakże często krzyk odbijał się echem w katedrach naszych ciał…
Dotyk… upragniony, gorący dotyk, lawina wrażeń tańcząca na ostrzach zmysłów, pożar krwi….

Czy ktokolwiek z nas, nawet spodziewając się takich wrażeń, mógł przypuszczać, że dorównają one słodyczy swobodnego lotu czystego Ducha? Porzuciliśmy skrzydła, by wzbijać się dalej i wyżej na inne szczyty..
Było warto?..
Nie wiem, jak ty odpowiesz sobie na to pytanie, ale ja.. teraz i tutaj, u kresu kolejnego etapu – ja twierdzę, że BYŁO warto..
Utraciłam świadome kierowanie pełnią mojej mocy, i swobodę lotu, i nieograniczoność postaci, dla uczuć, w które weszłam tak, jak wchodziliśmy wszyscy w to nowe, dziwne życie: zdecydowanie, zachłannie; gotowa stracić – lub zwyciężyć – wszystko.. I na krańcach mojej duszy – spotkałam ciebie: i zawsze wiedziałam, że nie było to nasze pierwsze spotkanie. Że już dzieliliśmy wspólny czas, tylko krańcowo odmienny od tego Tutaj i Teraz.. I dla ciebie nie było mi ani przez sekundę żal utraconych skrzydeł.
Do pewnego momentu.
Coś w tobie.. jest skażone, pęknięte; przez to pęknięcie wykrwawił się niemal całkowicie tamten dziki, wolny duch, który umiałby walczyć o to, co, jak sądzę, nawet naszej rasie zdarza się bardzo, bardzo rzadko..
Mogliśmy nawet tu, w pyle i glinie ziemi, polecieć wyżej niż dawniej wzbijaliśmy się w emanacjach czystej energii..
Mogliśmy zbudować coś, przy czym raj byłby nie tyle nieutracony, lecz nawet nieutęskniony…
Ale jesteśmy dziś tu, w tym punkcie.
A właściwie już nie „my” – tylko ja i ty. ..
Jestem bezruchem, żywą statuą wkomponowaną w jasność ścian, oświetloną tylko powidokiem zamierającej błyskawicy. Mój czas – resztę czasu – odmierza sporadyczny ruch powiek: góra-dół, za każdym razem odsłaniając za tym samym oknem – zupełnie inny świat.
Jakbym losowała karty tarota.

Wieża.
Moc.
Kochankowie.
Kapłanka.

Oto świat:
Wokół ostatniego szańca, ostatniej reduty – ciemny ocean atakujących. Walka toczy się w milczeniu, a szturm jest nieustępliwy, fala za falą; bez oglądania się na straty, na to, ilu roztrzaska się o bastion, zanim ten upadnie. Zwodnicza powolność: ataki są pozornie ospałe, lecz przed tym wolnym, płynnym tańcem obrona nie ma żadnych szans. Słońce patrzy szkarłatnie i obojętnie na śmiertelny cios: oświetla bez emocji spiętrzone fale wybijające szyby, rozszarpujące bramy, pochłaniające mury.. Szlachetna w linii, jasna fasada domostwa z mamiącym oko wdziękiem  osuwa się w wodę – piętro za pietrem, aż ponad powierzchnią pozostaje tylko ostatnia ofiara – wieńczący dach posąg kobiety, jej spokojna, czysta twarz zwrócona jest ku temu, co już utracone na zawsze; rozwianą szatę i włosy obmywa fala, wzniesione dłonie całują się z koronką pian… Biała Pani znika w oceanicznej toni, słońce traci ją z oczu tuż pod powierzchnią: wieczny, ciemny sen. W tym świecie nie ma już żadnego skrawka lądu, na którym można by postawić stopę, tutaj ostatnia bitwa już się zakończyła.

Mrugnięcie.

Oto świat: miejsce, gdzie suchy ocean ciepłolubnych roślin wkrada się nieustępliwie odnogami piachu na pokoje królestwa, o którym zapomniały już nawet jego ruiny.. Niebo jest planszą z bladego turkusu, dziwnie płaskie; nieporuszone zmarszczką najdrobniejszej chmury; wiatr nieustannie i boleśnie, z czułością świeżo naostrzonej brzytwy odziera z kory wraki drzew.
Powyżej tych ostrych podmuchów szybuje na nieruchomych skrzydłach sokół: gładka, śmiercionośna machina, okryta miękkimi piórami, dzikooka i nieznająca dotyku ludzkiej ręki..

…szybować…. czuję szarpnięcie tej niepowstrzymanej tęsknoty…
Wyżej niż sokół, dalej niż wiatr, niż pustynia..

Wyschnięte burzany toczą się w podmuchach pomiędzy kamiennymi formacjami tak dokładnie wypolerowanymi przez Naturę, że już nic nie pozwala w nich odszukać dzieła istot rozumnych. Szeleści drobny żwir, ostry piach; jakby niewidzialny konferansjer odsuwał wystrzępioną kurtynę, odkrywając swój sekret – odsłania się w spazmach wiatru podłoga, może ściana, poległa od upływu czasu; z niej spogląda na pustynię, śmiało wkraczającą w nowe progi, milcząca, lekko zadumana twarz kobiety. To tylko wizerunek twarzy, nie posąg, lecz piach i wiatr chłoszczą te same oczy, które oglądały ostatni zachód słońca nad zatopioną krainą. Tutaj wstaje świt; ta, która oglądała go już tysiące razy, wkrótce straci wzrok, wytłuczony z misternej mozaiki garściami ostrych ziaren. Sokół jest równie obojętny jak słońce: to tylko kamienna pozostałość po świecie, w którym czyjeś życie dobiegło końca.
Sokół jest wolny – ona także, dzieli ich tylko życie. Jego.
I jej śmierć.

Mrugnięcie.

Oto świat: las ubrany w perłowe pajęczyny, wkraczający w początek lata jak dziewczyna w rwący strumień; zanurzony w ciepłym, letnim zmierzchu.. Drzewa emanują spokojem, który zna śmierć tylko jako dopełnienie Wielkiego Cyklu, punkt w obrotach Koła, który nie stanowi o końcu ani o początku, kolejną łuskę na ciele Wielkiego Węża.. Powietrze jest symfonią aromatów: chłodny zapach wody, cierpkie pasma woni mchu i ziół, oddech rozgrzanej ziemi. Znad jeziora wstaje mgła – na jej powitanie pilnie ćwiczą swoje pieśni nocne ptaki.
To jest miejsce pełne życia, które obiecuje ukojenie. To źródło potężnej, pradawnej siły; poważnej, uroczystej w ciemności na dnie, a musującej pienistą radością istnienia na powierzchni. Wszystko, co tu rośnie, rozwija się i żyje, wplecione jest łagodnie w niedostępny dla mnie dotąd cykl bez agresji, bez niskich emocji, pełnych bólu i krzywdy..

Powieki nieruchomieją. Nie będę więcej szukać. Tutaj znalazłam miejsce, gdzie odnajdę także siebie – od nowa.
Miejsce, w którym ty nigdy mnie nie odszukasz, a ja nie będę tak boleśnie pamiętać, że może wcale nie będziesz chciał mnie szukać…
Uwalniam cię od siebie, teraz i na zawsze, świadomie i bez gniewu: bądź szczęśliwy na  swojej drodze, nie myśl o mnie źle.
Najlepiej w ogóle o mnie nie myśl…

„…a kiedy brzeg twojego świata
będzie się topił w niepamięci,
zapomnij o mnie wraz ze świtem –
niepamięć niechaj zmierzch uświęci….”

Zaczyna się Przemiana. Tracę świadomość swojego dotychczasowego ciała i tego świata, który zamykał się jak potrzask nade mną: klatka ścian, kraty uczuć, bariera ze szkła…
Moje ciało zmienia się wedle mojej woli i Wzoru, jaki istnieje dla mnie w tym nowym świecie. Już kiedyś zaznałam Przemiany, może nawet trudniejszej niż ta: przejścia z energii w materię, porzucenia Skrzydeł i Ducha dla ciała, kości, krwi, tętna… Teraz jest łatwiej. Biologicznie – łatwiej..
Czuję, jak przesuwają się kości, pojawiają nowe mięśnie, nowymi drogami krąży krew, nowe myśli mkną przez mózg, który już funkcjonuje inaczej; zaczynam tracić pełną, raniącą świadomość tego, co skłoniło mnie do tej transformacji. Rodzą się myśli inne niż ludzkie, ale też inne niż ma rodzaj, którego formę przyjęłam.
To już koniec Przemiany. Nie mam już – znowu – skrzydeł, lecz to jest moje ostatnie życie w Materii.
Skumulowana siła, zwinność, precyzja ruchów, pieczołowity sybarytyzm, uparte, nowe serce, niezależna, stara dusza.
To ja.
Na nowo.

Jeden krok, dzielący tamten świat od tego, który wybrałam, jest szybszy niż mrugnięcie. Mijam parę kamiennych kolumn, jak pozostałość po Bramie, która nie dla każdego się otworzy. U podstaw ich trzonów maszerują sylwetki wielkich kotów, kamienna gracja, twardość kamienia w miękkich ruchach.
Las zamyka się wokół mnie jak stęsknione ramiona, jak ostatni i pierwszy uścisk Matki…
Nadal cię pamiętam… ale teraz mogę żyć z tą pamięcią nie ryzykując, że roztrzaska mnie na kawałki niczym Lustro ciśnięte na mur Rzeczywistości.
Nadal cię czuję, bo jesteś częścią mojej duszy, a ta się nie zmieniła: kiedyś, kiedy skończy się nasze – twoje tam, moje tutaj – życie w Materii, może – być może – znowu się spotkamy.
Może do tego czasu nauczysz się tworzyć, a nie niszczyć.

„Tam, gdzie nie było nigdy wiary,
może jedynie wyrosnąć aksjomat:
nigdy odłamków wbitych w szloch palców
niepamięć wiary nie pokona.

Ty wiesz, że Muzyka drogą ku Pieśni,
w której się wszelkie marzenia ziszczą:
to jest ten Wszechświat, którego nigdy
wściekłość zwycięzcy i głód nie zniszczą….”

**********************************************************
Żadne nowe życie nie ujdzie uwagi Tych, którzy czuwają nad Równinami Pieśni i Lasem Źrenicy – wieści o każdym nowym przybyszu płyną wraz ze strumieniami, w smaku wiatru i deszczu, w mruczeniu śpiącej ziemi. Są jak dźwięk pękającej struny – dziki, czysty, krystaliczny..
Ta, która przybyła pewnego letniego wieczoru poprzez Kamień Utraconych, dołączyła nominalnie do Przechodzących z człowieka w zwierzę, ale nigdy z nikim nie związała swojego życia. Powiadano o niej, że nigdy nie Przechodzi do ludzkiej formy, że uparcie unika ludzi. Nieliczni, którzy ją widzieli – zawsze krótko i zawsze o zmierzchu – mówili o siadującej między
kamiennymi kolumnami szarej, cichej kotce, wpatrującej się seledynowymi oczyma w przestrzeń Bramy – i mówiono, że tak patrzy tylko ktoś, kto zostawił bardzo daleko swoje serce i mozolnie uczy się żyć bez niego.

*************************************************

Ten text pojawił się jakiś czas temu w „Anarionie” – nieregularniku literacko-sarkastyczno-fantastycznym ZKF Ad Astra – na tej stronie: per aspera ad astra – można przeczytać w wersji elektronicznej zarówno „Ostatnią Burzę”, jak i parę innych popełnionych przeze mnie czynów. Zdecydowanie nie społecznych ; )

Okazje, które mnie skłoniły do zamieszczenia tego textu, są dwie. A właściwie jest to okazja i powód. Okazją jest to, że już za chwileczkę, już za momencik pojawi się nowy – i ostatni w tym roku – numer „Anariona” w wersji papierowej (ćwierkają wróble w mieście, że na limitowanej wersji 6, 6 egzemplarzy zamieszczony będzie odcisk ust Prezesa AA, tak więc czujność, obywatele!!), w którym – z drżeniem serca i innych organów oczekuję tej chwili – znajdzie się moje kolejne miniopowiadanie pt „Inicjacja”.

To okazja. A powodem, dla którego ułatwiam sobie życie i większą część pisaniny na dziś wklejam, a nie wpisuję, jest to, że w szaleństwie tworzenia dekoracji świątecznych dla Przyjaciół poparzyłam sobie klejem z pistoletu TRZY palce u prawej dłoni. Aaargh…

Read Full Post »

kto nie ryzykuje, ten…. nie ryzykuje ;)

No dobrze.

Z dwóch powodów:

a) zerknie tutaj nieco więcej osób, a i być może dowiem się czegoś ciekawego o swojej pisaninie, skoro Jurorką jest p. Grochola

b) niby średnio wierzę w aż taki efekt, ale..

..co będę ściemniać jak po metylowym?..

Przydałby się laptok ; )))

Read Full Post »

Karpia jego mać!..

Może zacznę od końca tym razem – co prawda, finis coronat opus, ale dziś jednak puenta będzie z tej strony.
A otóż:
Dziś udałam się na polowanie. Terytorium było wrogie, licznie zasiedlone przez tymczasowe, acz mocno agresywne w zachowaniach formy życia, należało więc naoliwić zmysły, wyostrzyć reflex i mieć nadzieję, że zdołam uniknąć szturmującej falangi megafauny. Innymi słowy, udałam się do supermarketu po padlinę.
No… po schabik, kurzy i rybi zewłok plus parę innych ingrediencji. Temat przygotowań „świątecznych”, a też i tego, co dla mnie znaczą i czemu tak a nie inaczej, pozwolę sobie pozostawić na później, póki co – przejdźmy, jak mawiają tytani intelektu, do adremu.
Przedświąteczna histeria rozkręca się już na całego. Samice z płonącym wzrokiem przemierzają zakamarki hali sklepowej, nastroszone, gotowe dziobać w obronie maku ze sztucznym miodem, paczki kiełbas i słoika majonezu. W tle wloką się przykute do wózków samce, smętnie zerkające na dział alkoholowy. Góra żarcia, proszków, płynów do czyszczenia i zabawek interaktywnych typu „wymiotujące niemowlę” rośnie i zasłania biedne zwierzę pociągowe, czyli samca, samica palpituje przy opróżnionej właśnie półce z korniszonami, a niżej podpisana przemyka się w tym pandemonium, mając na celowniku kilka-kilkanaście rzeczy, których wybranie zajmuje jej najwyżej pół godziny.
Trochę to jak sumo, trochę jak walka w kisielu, plus  szczypta amerykańskiego tok szoł, gdzie półnagie fryzjerki wyrywają sobie wąsy w bitwie o trofeum w postaci wątłego sprzedawcy używanych samochodów.
No ale jak mus, to jabłkowy…
Zanabyłam schabik, kurze zwłoki, kapustę, drożdże, małą poinsecję, po czym udałam się na stoisko z najbardziej pożądanym towarem – czyli „na ryby”.
„Na rybach” stało to, co nam tak pięknie wychodziło za pe-er-elu, czyli karny i zwarty ogonek. Ze wszelkimi dodatkami typu „ja tu stoję, tylko pójdę po mak, dobrze?” (czyli bilokacja w wydaniu polskim); „Zdzisiek, weź ten śledź i cho na mienso!!”; odrobina wywracania oczu „kapitalizm, a i tak musimy stać w kolejkach!..”, uwieszone maminych spódnic jakieś standardowe, zanudzone niemal na amen dziecię.
Karpia, uprzedzam od razu wątpliwości, zanabyłam w stanie „off”. Czyli odflaczoną tuszę z łbem – raz zabiłam karpia osobiście i uczucie uchodzącego pod palcami życia, choćby i rybiego, było dla mnie szalenie niemiłe. Przykro mi, karpia w galarecie lubię pasjami, a zatłukł zwierzątko ktoś inny. Powiedzmy, że jest to mój nieczęsty ukłon w stronę hipokryzji.
Po nakarmieniu kasy ciężko zarobioną krwawicą, załadowałam zakupy do plecaka – niech no ktoś przy mnie powie, że kobiety to słabsza płeć..! dam mu plecaczek mój codzienny do poniesienia, w rzeczy samej – i przez narastający wicher i mróz ruszyłam w stronę domu.
Mniej więcej po 50 metrach zorientowałam się, że główka kapusty wybrała wolność i merdając się w rytm moich kroków, rozsunęła suwak w plecaku.
Złe przeczucie tknęło mnie natychmiast i nazywało się „nie mam ryby!!”
Istotnie, w plecaku grzecznie siedziały świnka i kurak, natomiast karp odpłynął w zamieć, wraz z owijką w postaci 3 foliowych torebek.
Zawróciłam natychmiast, lecz na tych zaledwie 50 metrach, dzielących mnie od wejścia do sklepu, nie było widać niczego, co bodaj odrobinę przypominałoby rybie zwłoki w folii.
Widocznie uciekiniera z plecaka błyskawicznie zaadoptowała jakaś dusza zbieracza. Ze wstydem przyznaję – sklęłam Rzeczywistość do siódmego pokolenia w tył i do siedmiu wymiarów wokół. Mamrocząc „a żeby ci moja ryba stanęła ością w gardle, złodzieju!!”, powlokłam się z powrotem do marketu, przeżuwając stratę. Poprzeżuwałam ją gdzieś tak do przedsionka sklepu, konkretnie do stoiska z francuskimi ciasteczkami na gorąco, gdzie, pociągając czerwoniutkim (Rudolf? a raczej Rudolfina?..) nochalem, stała sobie pani typu „jabol z rana jak śmietana” i chrypiała do ciasteczkowej żeny za pultem „pani, tu ktoś karpia zgubił, pani nie widziałaś?..”
Mało jej nie wyściskałam, tylko że trzymała karpia między nami (może coś przeczuwała?..). Zamiast ściskania, kwiknęłam radośnie „oo, pani znalazła moją rybkę!!” i zaoferowałam Czerownonosej brzęczące znaleźne, co spotkało się ze zrozumiałą aprobatą.
No i powoli dopływamy, jak ten karp w śnieżycy, do puenty.
A jest ona taka, że dziś rano, wędrując do pracy i przy okazji obracając w myślach słowa codziennej modlitwy za Mamę (nie jestem katoliczką – w myśl powiedzenia „jeśli ktoś się urodził w stajni, nie oznacza to automatycznie, że jest koniem” – moje modlitwy nie mają wiele wspólnego z tradycją tej wiary), napotkałam miłego młodego człowieka z pękatą reklamówką pełną opłatków. Zapytana znienacka, czy mam już opłatek, odparłam zdziwiona, że nie, czemu pan pyta – a pan na to, że on właśnie roznosi. I o, proszę, tu dla pani – wręczył mi białą kopertę (słowo daję, poczułam się jak przedstawicielka jakiegoś skorumpowanego zawodu ; )). Z nabytą podejrzliwością wobec pewnej, ehem, instytucji klerykalnej, spytałam, ileż to pan sobie winszuje za tę bezinteresowność, na co rzekł ów rumiany od mrozu młodzieniec, że co łaska. (Czyli, he, he, wedle standardów strzyżarek, nie mniej niż 100 zł, he, he.) No tak, pomyślałam sobie, międląc całe posiadane przy duszy 2 zł w gotówce – teraz się skończy dobroczynność..
Oznajmiłam panu wysokość moich funduszy, oczyma duszy mojej widząc, jak wyrywa mi kopertę z rąk i wzgardliwe pociągnąwszy nosem, znika wśród wirujących płatków śniegu. Aliści młodzieniec przyodział uśmiech nr 5 i powiedział „nie szkodzi, to jest właśnie „co łaska..”
Matula moja, patrząc gdzieś zza Tamtej Strony na moją głupią minę, musiała mieć solidny ubaw, co na zdrowie Jej, nawiasem pisząc…
Zamykając ten przydługi wywód – coś chciało mi dziś udowodnić, że zło, jakie nam się przydarza, prędzej czy później zostanie zrównoważone przez dobro – i że dobro może i jest mniej spektakularne, lecz suma tych małych, fajnych zdarzeń daje w efekcie jakąś większą całość, która wreszcie zacznie dominować w naszym życiu.
Czego serdecznie życzy,
redakcja : )

edit nr 1:

zaiste, musiało to być natchnienie od jakiegoś wyjątkowo łaskawego daimoniona, że portfel po wyżej opisanych zakupach wpakowałam do kieszeni kurtki, a nie do plecaka..

edit nr 2:

a jednak straty MUSZĄ być. Wraz z karpiem wybrała wolność ciabatta cebulowa i niestety, była to wolność permanentna.

Read Full Post »

one cold winter’s dawn: Eos

wspinasz się na palce
różane, złociste
by z chmur zrzucić światło
nieskalane, czyste

płyniesz przez powietrze
zamrożoną falą
twój dotyk bez ciepła
choć się barwy palą

z chmur przechodzisz w chmury
w zachwycie zamglone
gaśnie świt zimowy
słońce ugaszone…

Read Full Post »

wcale nie taki mały głód

Parafrazując sławetne demotywatory – to uczucie, gdy na ekranie telewizora pojawia się reklama czekoladek Lindt – a ja mam TYLKO paczkę słonych paluszków – to uczucie, proszę Państwa, jest do bani.

HOWGH.

 

Read Full Post »