Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Czerwiec 2011

A przynajmniej próbuję.
Dziś straciłam (prawdopodobnie) kolejne cenne minuty na tłumaczeniu Nockowi, że laptop, a zwłaszcza (na parapecie) jego klawiatura, jest miejscem Koto-nieodpornym, a co za tym idzie – Koto-niedostępnym.
Laptop, mówię temu czarnoofutrzonemu stworowi z oczami o kolorze i kształcie agrestu, jest i ma pozostać Koto-niedostępny, niezależnie od tego, jak wysoce przyjemną, ciepłą temperaturę emituje.
Ekran laptopa, pruję się dalej, jako system delikatny, wrażliwy na bodźce zewnętrzne i, uchowaj Panie, jakiekolwiek zarysowania, również Koto-niedostępnym powinien pozostać. Wszelkie pojawiające się na nim, tłumaczę w natchnieniu, poruszające się elementy kuszące, jak na przykład kursor, migające pieprzone reklamy i filmy z Maru, służą do OGLĄDANIA! oglądania bez użycia odnóży, nosa, a JUŻ NA PEWNO BEZ UŻYCIA ZĘBÓW, NA LITOŚĆ PIEKIEŁ!!
Czarne słuchało, słuchało i jeszcze trochę słuchało, ale – jak okazało się za chwilę – słuchało nie słysząc.
Gdy znacząco zawiesiłam głos w oczekiwaniu na jakąś konkretną, świadczącą o zrozumieniu reakcję – Czarne ziewnęło jak szeroko, powiedziało dramatycznie i rozwlekle „e-eeh!..” i – ufnie położyło łapę na klawiszu „enter” plus paru innych, co nie wiadomo czemu skłoniło zakładkę „historia” do wyświetlenia ostatnio zamkniętych 46 kart.
Tym sposobem uciekł mi profil Bardzo Interesującego Mężczyzny, i co gorsza, nie pamiętam, na jakim portalu :-/.

Read Full Post »

Półtorej godziny nonsensu

„Płynie statek z wampirami pooośród fal,
łabidu-dajdaj, ależ to szajs…”

Życie jest ciężkie, myśli ponure, dalejże więc – odprężmy się jak raz przy wytworze hamerykańskiej kinematografii pt „30 Dni Mroku: Czas Ciemności”. Niedawno odstresowałam się przy wcale ciekawej, acz stanowczo za długiej pierwszej części (fabułę z powodzeniem zamknęłoby się w godzinie z niewielkim ogonkiem, zamiast ślimaczyć przez prawie dwie. No ale za coś trzeba było zgarnąć gażę, a poza tym było sporo ludności do ubicia. Coś kole setki.), a jak wiadomo powszechnie, ku uciesze gawiedzi i napełnieniu portfela należy uczynić sequel (prequel, serial, cokolwiek).
No i niestety popełniono takowy.
Matkoboskojedynąco… Ja wiem, że Amerykanos nie grzeszą rozumem zwłaszcza w horrorach. Ale powielanie w kółko tych samych głupot, jak zapuszczanie się z entuzjazmem szarży kawaleryjskiej do legowiska Czarnego Luda bez jakiejkolwiek spójnej organizacji i mądrego planu, bez uzbrojenia po zęby i odpowiedniej odzieży, po czym rejterowanie z wrzaskiem, informującym w/wym Luda o trasie ucieczki – jest jak całowanie krokodyla w czółko: frajda mała, a ryzyko spore.
A jednak.
A co sobie będziemy żałować! Niech bohaterowie latają z krzykiem w te i nazad – aż dziw, że się nie wystrzelali sami nawzajem, albo nie poodstrzelali tyłków wetkniętymi za pasek spluwami.
Ani to pomysłu nie miało, ani rymu, ani nastroju, jeno z lekka łobrzydliwe było, a i to nieznacznie. Jednym słowem, jak to na forum fdd mawiają – bessęsu.
Ja naprawdę – naprawdę! – mam ogromną tolerancję na horrory. Nawet przeczytałam cały wydany w Polsce cykl „Kraby”. Widowisko satyryczne pt „Topór” („The Hatchet”) oglądałam z szerokim wyszczerzem na obliczu. „Dyniogłowego” („Pumpkinhead”) z łezką wzruszenia (ciężkie miał życie Dyniasty, oj, ciężkie..). Podczas „Rec.” dwa razy wyjmowałam zęby z sufitu. Horror lubię i cenię, a zwłaszcza na parape… yy, to znaczy, zwłaszcza lekkie i odprężające filmy o zombies.
Ale oglądanie takich popłuczyn po horrorze to zbrodnia na poczuciu dobrego…. smaku. He, he. Że tak zacytuję Hrabiego D.
Podobne, acz silniejsze uczucie zniechęcenia opadło mnie po obejrzeniu drugiej części „Zejścia” (The Descent”). Pierwsza jest znakomita – nie wlezę do żadnej dziury w ziemi, jeśli tylko przypomnę sobie charakterystyczne „poszczękiwanie” mieszkańców podziemnych korytarzy. Trzask i widok złamanej kości udowej, wystającej z rozpapranej rany w nodze, wyżął mnie jak ścierkę. A zakończenie? cudownie niejednoznaczne, symboliczne, ciężkie.
Miód z kaszanką.
Posypany cynamonem.
Z ogromnym więc apetytem zasiadłam do części drugiej.
I opadło mi wszystko, choć nie było tego wiele.
Tak głupich, płaskich pomysłów i rozwiązań fabularnych nie widziałam dawno. Stwory z podziemia, odarte z drgającej mozaiki czarno-czerwonych mgnień kadrów pierwszej części, stały się równie przerażające jak Japończyk w gumowym kostiumie, dźwigający się z kałuży imitującej Pradawny Ocean, Wylęgarnię Godzilli. Dramatis personae zachowywały się mniej więcej tak, jak waleczny Sir Robin u Pythonów – „ah, jakże dzielnie, dzielnie podkulił ogon i zwiał”. Ja tego nie umiem, czy latanie z wrzaskiem w kółko to jakaś alternatywna forma działań defensywnych? Czy speleologowie, włażący do systemu podziemnych korytarzy, zawsze zachowują się w nich jak ogłuszone ciosem w ucho blondynki?… Toż pogubiliby się biegusiem, gdyby babcia wysłała ich do piwnicy po wiadro kartofli…
Padający w zakończeniu cios łopatą jest świetną puentą dla drugiej części „Zejścia” – pozostaje jedynie poklepać twórców ową łopatą po plecach i włączyć sobie chociażby „Futerka”  („Pelts”) Dario Argento.
Albo pierwszą część „The Descent”.
Tak czy siusiak, lepsze jest często wrogiem dobrego.
A sequele są złe.
Wery, wery złe.
Ja też jestem zła. Straciłam półtorej godziny na wciskanie sobie przez oczy szajsu.
A mogłam w tym czasie, ot, choćby strugać patyczek.
Rozwijające i w palec można się zaciąć – same ciekawe doznania.
W przeciwieństwie do  drugiej części „30 Dni Mroku”..


Read Full Post »