Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Październik 2011

 

W 9 godzin spakowałam całą kawalerkę w wory tudzież kartony.
W niecałe 5 godzin zjechałam z całą kawalerką upchniętą w sprintera do Bydgoszczy.
A teraz infekuję ściany muzyką słuchaną co wieczór w Zielonej Górze i…
tęsknię za tym miastem..
Za widokiem z okna. Za smakiem powietrza. Za uśmiechem przypadkowego przechodnia w drodze na deptak osłonięty żółknącymi lipami..
Drozd Wieczny Tułacz. Telemachu, ty baranie, gdzie twój dom?…

 

 

Read Full Post »

High on the flames

Posłuchaj mnie.

Obudź się.
No dalej. Obudź się. Już.
To ja.
Ruda Sfo…
Tfu, wróć.
To ja mówię, twoja wewnętrzna Rudość.
Krew jest rdzawa, kiedy zastygnie, skrzepnie.
Na to masz jeszcze czas. Na stygnięcie, na odpadanie warstwa po warstwie, złuszczanie nadziei, rozkład uczuć.
OBUDŹ SIĘ.
Tymi ręcami – czyż nie? – spieprzyłaś kilka spraw. Taki a nie inny wybór, tak a nie inaczej podjęta decyzja, takie a nie inne zaufanie w niewłaściwym kierunku.
To się zdarza.
To boli.
To jest pokręcone, trudne i wiem, że nie widzisz wyjścia, a światła na końcu tunelu mają posmak nadjeżdżającego pociągu towarowego – i to z wyjątkowo toksycznym składem.
Może będzie gorzej.
Na pewno będzie jeszcze bolało.
Ale na wszystkich bogów, jakich umiesz stworzyć czy przywołać – żyjesz mimo bólu przy każdym wdechu.
Wciąż żyję.

„Jak to robisz, że wciąż jesteś taka ‚sempervirens’?”
To jest bardzo dobre pytanie.
Tak naprawdę, nie wiem. Ty też nie wiesz. Podejrzewasz, przypuszczasz, tłumaczysz – to nie jest siła. To upór.
Czy rzeczywiście semantyka jest tak ważna?..
Ok, potrafisz – potrafię – przyznać się do tego.
Boję się. Jestem pokaleczona minionymi latami i tym, co świadomie, nieświadomie, autodestrukcyjnie sama sobie stworzyłam. Oberwał mi się grunt pod nogami i nie wiem, czy jeszcze lecę, czy już rąbnęłam o dno, tylko jeszcze nie czuję, że to właśnie ono.
A może pukam szpadlem od spodu, bo już przekopałam się najniżej jak mogłam.
Boję się samotności, mimo, że umiem ją oswajać. Boję się zatrzaśnięcia w schemacie lodowej klatki – bo tak bezpieczniej, bo tu nic nie dosięgnie, nie zrani, nie dokopie. Nic – poza mną samą.
Potrafię się przyznać do pragnień. Do potrzeby bliskości, do tęsknoty za prawdziwą, realną więzią, do pragnienia nadawania smaku codzienności poprzez odbicie uśmiechu w czyichś oczach.
Tak, potrzebuję obok siebie czyjejś siły, by móc czasem pozwolić sobie na słabość. Potrzebuję do pewnego stopnia czyjejś siły, by móc budować swoją własną i oddawać ją z powrotem, pomnożoną, dopełnioną.
Tak, potrzebuję silnej dłoni nad sobą. Nad moją siłą i nad słabością. Po to, by zbudować coś, co może się stać i stworzyć jedynie w podwójnym biciu serc. Podobnych, a jednocześnie różnych – i przez to tworzących coś fantastycznie nowego, co chce się rozwijać. Razem….
Nie mam tego. Czy będę kiedykolwiek miała? Nie wiem. Dużo jest niewiadomych w tym równaniu.
Chyba jedno tylko wiem na pewno.
Musisz się, do cholery, obudzić.
Podłość czyichś czynów i własne błędy nie są żadnym tworzywem dla budowania na tym życia.
To boli.
Może będzie gorzej.
Na pewno jeszcze będzie bolało.
Ale nie tak bardzo, jak wegetacja w mglistym półśnie pełnym żalu i strachu.
Jeśli to jest twoja siła, którą widzi tyle osób poza tobą samą, to czas wstać i zapalić taki ogień, żeby go było widać na samym dnie tej studni, w której siedzisz. Sięgnąć w jej głębinę i wyciągnąć ten uparty strzępek duszy, który nie umie uwierzyć we własną moc.
A potem splunąć w ten ogień absyntem i patrzeć, jak płonie Zieleń.
„I’ll live to die
Die another day
Another place, another time..”
Kiedyś przyjdzie czas na to, by pozostawić po sobie tylko rdzawy ślad.
Ale jeszcze nie dziś. Nie teraz.
Obudź się.
To nie jest jeszcze czas na to, by znikać.

Jeszcze nie czas.

Read Full Post »

Odkopałam przypadkiem, niczym archeolog-amator – pewnie pod wpływem Indiany Jones’a, który minionego wieczoru dokonywał jak zwykle niezwykłych wyczynów w tiwi – tekst popełniony swego czasu do Anariona, czyli zina klubowego Ad Astry.

A zatem – przejdźmy do ad remu ;>

 

 

Drogą niknącą wśród nocnych ciemności jak wprawny palec w trzewiach skazańca, przez bór cichociemny, rzeki potopne i góry zgrzytliwe podążał rycerz.
Wojownik.
Bohater!!..
Koniowi często popasać dawał, a i rumaka swego jazdą forsowną nie męczył, co obu błogość niezmierną dawało.
Jechali.
Jechali.
A potem jeszcze trochę jechali.
Aż stanął rycerz pośrodku puszczy ciemnej jak klesza sukienka, upstrzonej jeno światełkami nocnych lokali Mniejszego Ludku, kędy dobiegały okrzyki rozochoconych gnomów i rytmiczne rzężenie ofiar.
– Job twoju mać – rzucił dźwięcznie rycerz w Dawnej Mowie. – A rzekali „Pod Lubieżnym Pecem“: „Jeno dwie staje ujedziesz, cny Vitalisie, a bordel wypaśny, „Ad Astra Per Rectum“, najdziesz, a pohulasz, a dziewki tam kraśne, a młodziankowie jak świeżo po seminarium“ – aj, aj, a tu, dobry panie Twarożycu, nic aby głusza a dzicz, wszy i wiorsty; jakże mi teraz drogę odnaleźć, jak do dom wrócić?.. – frasował się rycerz, drapiąc w przyrodzenie, bo i higiena osobista ze słyszenia mu jeno znana była, i wiedział o niej tyle, ze bestia wielga, siedem płuc mająca. I lamentowałby tak dalej, kiep jeden, miast chrust zebrać, ogień skrzesać, poranka doczekać na modłach, a choćby i na samogwałcie, gdy wtem w ciemności kaszel suchotniczy zatętnił, aż rumak rycerza się spłoszył i gazy okrutne wypuścił.
– Stój, bo strzelam!! – huknął gromko rycerz mijając się mocno z prawdą. Macając dygoczącą dłonią ku rękojeści miecza, trafił najsampierw w rozporek, porzucił go wszakże niechętnie, nie znalazłszy tam nic, co dałoby się wyszarpnąć i wrazić we wroga. Co
w sumie dobrze się męskości rycerza przysłużyło.
Aliści z mroku zamamlał głos niewątpliwie kobiecy, na ucho oceniając, zbliżający się do setki, i to zapewne nie pierwszej:
– Moiściewy, poratujcież niebogę, nogi stare, słabe mam, a zachciało się kobiecie trzewiczki na szpilkach wdziać i do siostry mej na sab… na wspólne godzinek odmawianie iść.. drogę poputałam i w wykrot wpadłam, kostkę ochwaciłam..pomóżcie, zacny rycerzu, wszak widzę, żeście nie byle kto, sam wielki Vitalis Vulgaris przecież, siłą a manierą słynący…
Zdumiał się rycerz zrazu, ale ego rycerskie wnet się w nim nadęło i prężąc się dumnie spytał:
– A skąd to, mateczko, wiecie, żem Vitalis, wśród tej pomroki piekielnej?
– Mam ci ja, synku, taki noktowi…- zająknęła się starowina, majacząca obszerną bryłą w ciemności, do której już rycerz ciut był przywykł. – ..taki mam słuch jeszcze dobry, żem po stąpaniu rumaka twego poznała, bo i on słynie w świecie z dzielności..
Nadął się rycerz i rumak pospołu do granic pasa i popręgu, za czym podkręcił Vitalis wąsa i rzecze:
– Dawajcież, mateczko, na siodło, chata wasza musi niedaleko – podwiozę.
Uradowała się wielce starowinka.
– Iście, chrobry pan. – rzekła z zadowoleniem. – Chata moja blisko, ugoszczę, czym bogata, i przenocujesz, cny panie, porankiem drogi łatwiejsze, do dom wrócisz łacno.
Rycerz podciągnął na siodło babinę, ucapiwszy za rzemień jakowyś, szeroki a płaski, z odzienia jej zwisający. Rozchichotała się starowinka, moszcząc na kulbace.
– Oj, widać, żeście spragniony a wyposzczony, dobry panie – rzekła zalotnie. – Ledwo znający już za cycek łapie, znać, żeście w świecie
bywali, wiecie, oj, wiecie, jak rozpalić kobietę!…
Rycerz starannie odszukał wodze rumaka w ciemności, bacząc, by znów za organ jakiś starowinki nie chwycić – i ruszyli.
Jakoż faktycznie w trzy klątwy i jedno bluźnierstwo na polanę wjechali, gdzie stała, skromnie sidingiem obłożona, chatka staruszki.
Vitalis babuleńkę do chaty zaniósłszy,  wierzchowca do szopki przy obejściu zawiódł, napoił i nakarmił, złapaną naprędce kuną
grzbiet mu wytarł i do chaty, gdzie już ogień wabił z paleniska, pospieszył.
I drzwi zamknąwszy – zdębiał, mało liści nie wypuściwszy.
Bo nie starowina, pokręcona, suchotnicza, ochwacona, stała podle ognia, ale matrona, prawda, szpakowata i w leciech, ale przecież
dostojna a postawna, czernią szlachetną odziana, a u stóp jej skunks albinos dłubał w zębach odłamkiem kości, uśmiechając się
powściągliwie.
Zmartwiał Vitalis, choć niegdyś stawił czoła Różowej Suni, asasynce, co z dziewuszki zwanej drzewiej Czerwonym Kapturkiem wyrosła, bo poznał, z kim mu przyszło stanąć: oto była, znana i nabożnym otoczona lękiem, Wszystkowiedźma Zasapka.
Klęknął rycerz chrzęszcząc zbroją i nieświeżą bielizną.

– Powstań, Vitalise – skinęła łaskawie dłonią Zasapka. – Z pomocą pospieszyłeś wśród nocy, nie wiedząc, li to niewiasta w opresji, czy demon jakowyś zwodniczy – odwdzięczę-ć się teraz za serce mężne i dobre. Posłuchaj:
Świtem bledziutkim chatę opuść, stanąwszy lewym uchem ku słońcu, drogę przez pagórki o kształcie półdupków obierz. Dąbrowę napotkasz – miniesz, potok najdziesz – wnet droga bita, szlak prastary, tam rozdroże, a słup na nim, a pod słupem ostatni przyjazny szalet na wschód od Kaczych Dołków. Na onym rozdrożu na lewo się kieruj, wedle strumienia – nim słonko ku zachodowi się skłoni, w kraj zamożny wjedziesz, Minettą zwany. Żyje tam panna rodu wysokiego, piękna a posażna, , dziedziczka korony, a ojciec jej chory wielce, już dni dożywa, we trzy nocki skapieje. Tedy w konkury do panny uderz, a nim minie pół miesiąca, żoną twoją zostanie, a ty kraina piękną, bogatą władać będziesz.
Jeno pamiętaj: na rozdrożu w lewo jedź, nie w prawo. W lewo pojedziesz – żyć długo i dostatnio będziesz i do stu lat pochędożysz, atoli w prawo jadący – stracisz wszystko i srodze cię pojebie.
To rzekłszy, strzeliła palcami i znikła, pozostawiając po sobie zużytą bieliznę i skunksa.
– Cholerę w bok – westchnął albinos, człapiąc ku drzwiom z podniesionym ogonem. Rycerz odsunął się pospiesznie. – Znów mi to zrobiła, stara rura…
Zwierz zniknął wśród nocy, zostawiając Vitalisa oszołomionego wydarzeniami i coraz bardziej sennego. Rycerz zzuł ciżmy, i ukołysany zapachem, zapomniał o strawie, zasypiając niemal od razu przy ogniu.
Ledwo świt pokraśniał niczym świeżo napoczęta dziewica, już jechał Vitalis przez brzezinę i w południe stanął na rozdrożu. Ostatni przyjazny szalet na wschód od Kaczych Dołków miał inwentaryzację, ale rycerz i tak naszczał pod słupem. Za czym spojrzał w lewo, na drogę do Minetty, i rzekł do siebie:
– Iście, w lewo pojadę, tam panna piękna a bogata, władza a splendor.. a jakbym tak  w prawo podążył? może wiedźma nie rzekła prawdy, może tamój panna nie jedna, a kilka, a i bogactwa znaczniejsze? W prawo pojadę, nie ma głupich.
I ruszył.
Nim słońce ku zachodowi chylić się jęło, nad rzekę rycerz wyjechał, a nad nią, na brzegu… bestia okrutna, smoczysko ogromne, pięć głów mające, pięciu głowy wodę siorbie, rzekę plugawi, a gazy puszcza, a gnoju nawalił, że skażenie biologiczne gotowe…!
Krew zawrzała w Vitalisie, miecza dobył, rumaka spiął i jak nie dopadnie do bestii! jak nie sieknie, raz, wtóry, i jeszcze, łby smocze w rzekę się walą, oho, myśli rycerz w bitewnej gorączce, teraz to zaszczyt dopiero będzie, teraz chwała!! Już- już łeb przedostatni ścięty, już bestia pogromiona,  gdy wtem ostatnia paszcza spod wody jak nie wyskoczy, smoczysko ogonem smagnęło i runął Vitalis wraz z koniem, kości mnogie łamiąc.
Smok zniesmaczon wielce na kikuty łbów spojrzał, doskoczył do rycerza i jak nie ryknie nad konającym:
– kurwa!!!! pojebało cię!!….

 

Read Full Post »

pewnego wieczoru o zachodzie słońca
ktoś na widnokręgu posiał gór zalążki,
anim się spostrzegła pomiędzy oddechem
jak szczytom wyrosła korona błyszcząca..

wiatr uderzył ostro, jakby tchnieniem śniegu
i wspomnienia przygnał jak stado żurawi,
które w smutnym krzyku, pamięci zarzewiu
myśl poniosły w przeszłość w nieprzytomnym biegu..

spadły w przepaść liście barwą poranione,
ku chwili sprzed roku mając się bezradnie;
i przez chwilę stałam złapana wpół drgnienia,
trwożąc się jak drzewo, nim nań mróz opadnie..

Read Full Post »

Pożółkły igły na modrzewiach…
Berberys płonie dzikim ogniem..
Skradając się w zrudziałej trawie
podchodzi Jesień bliżej do mnie..

W pasażu nagich krzewów płonie
szkarłatna lampka – owoc róży
świt coraz później zmierzch nas wchłonie
u kresu dnia pierś chłodem znuży..
Sztywnieją drzewa. Sok w ich żyłach
odpływa sennie ku głębinom
jakby się nigdy nie zdarzyła
Wiosna, co wodom każe płynąć..

I może to nie była wiosna
tylko iluzja ponad ciszą
może wierzyłam: można dostać
to, co najtkliwsze sny kołyszą..

Opada serce z garścią liści.
Niedługo spocznie w mokrej ziemi..
Niech odpoczynek mój się ziści
bośmy wraz z sercem już strudzeni..

Więc chodźże ze mną skrajem pola
przez wyorane mgłą zagony
nadchodzi snu długiego pora
kładą się sennie drzew korony..

Czy odrzuceni?.. kto odgadnie
za ile tchnień nastanie wiara?..
Bo póki co, czas siłę kradnie
i braknie siły tej, by wstawać..

W pasażach nagich krzewów płonie
szkarłatna lampka – dziecię Duszy
w chłodne kieszenie wsuwam dłonie
czas na mnie. Już mi czas wyruszyć..

autumn tears

Read Full Post »

gdzie jest ten czas i miejsce
które uwiężą serce
w iluzji oswojonej?
– codziennie składam ręce
w zwodniczo nieświadomej
modlitwie. I spłynie ona dreszczem
przez nerwów zakończenia
przez drogę której oddech
co w parę się zamienia
nie zdążył przebiec jeszcze..
gdzie jest ten czas i miejsce
które mnie zamkną ściśle
w ramionach słonych żądzą
i o sprzeciwie ani przyjdzie myśleć?…
Gdzie one są, gdzie błądzą,
gdzie rozbiegł się ich szlak
że został tylko zamącony grozą
samotny, cichy strach?…
gdzie jest ten czas i miejsce
w którego ciepłą dłoń
pochylam ze znużeniem
przebitą światłem skroń…?

To już było kiedyś, wiem – ten sam text, ta emocja. W innym zupełnie miejscu, bezpowrotnie opuszczonym. W czasie przeszłym co do zdarzeń.
Ale pewne odczucia i pragnienia nie mijają. Wręcz przeciwnie – rosną, zmieniają się, potężnieją.

I tylko o Spełnienie trudno. Być może niemożliwie trudno..

Read Full Post »