Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2012

Frozen

Kiedy go zobaczyłam, w pierwszej chwili myślałam, że to zamarznięty Kot, albo mały pies, i od razu zrobiło mi się gorąco, mimo kilkunastu stopni mrozu.
U stóp wielkiego dębu, o kilka metrów od murowanych brzegów kanału Brdy, jak czarny łachman rzucony na ziemię – z głową wciśniętą pod skrzydło, w pozycji, która mówiła „wszystko mi jedno, i tak wiem, że umrę”, przycupnął kormoran. Mozaikowe, lśniące pióra pokrywały gęsto grudki lodu, jedno skrzydło odstawało od ciała, jakby było złamane. Podeszłam bliżej – wąski łeb wysunął się spod piór, zerknęło na mnie jaspisowo zielone, okrągłe oko i ptak usiłował podreptać w stronę kanału i wody, ale pary starczyło mu tylko na kilka kroków – padł na pierś i zamarł, łypiąc na mnie ponuro.
Dookoła – park. Ludzie wędrujący z psami, otuleni w ciepłe rzeczy, ktoś rzuca obojętnie „a siedzi tu od wczoraj, z kaczkami próbował pływać”. Ktoś robił zdjęcia, to przecież taka mała lokalna atrakcja: chroniony ptak w środku wielkiego miasta, a że właśnie przymarza do gruntu? A kto by się przejmował.
Zadzwoniłam do straży miejskiej, przełączyli mnie do sztabu kryzysowego – „za pół godziny przyjedzie weterynarz”.
No to czekam. Dołączyły się dwie przechodzące parkiem licealistki, poprosiłam, żeby przypilnowały zwierzaka i korzystając z tego, że do mojego domu było stamtąd może z 300 metrów, skoczyłam do mieszkania po karton i jakiś kawał materiału, na wypadek, gdyby ptaszysku zachciało się uciekać. Łapanie kormorana okazało się łatwiejsze niż pogoń za mydłem w wannie – próbował  zwiać, ale nie miał sił. Narzuciłam na niego firankę (…no, co?.. na wszystkich dostępnych kocach spały moje Koty..), zakryłam kartonem, zaszamotało, gęgnęło i zapadła cisza.
Zanim doczekałyśmy się przyjazdu weterynarza, minęła prawie godzina. Pudło z pierzastą zawartością parę razy próbowało powędrować w nieznane, ale bez efektu. W międzyczasie jedna z licealistek pożegnała się i odmeldowała do domu, a druga, z którą ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę (od słowa do słowa okazało się, że chodzi do „mojego” byłego liceum), nieoczekiwanie dostała krótkiego, acz dramatycznego napadu prawdopodobnie padaczkowego, efektownie lądując nagle na ziemi. Pozbierałam ją do pionu, zadzwoniła po rodziców, i w pięć minut po tym, jak dotarła do nas weterynarz i kormoran został zapakowany w skrzynię wyścieloną sianem i zabrany do lecznicy – rodzicielska kawaleria przyjechała z odsieczą licealistce i mogłam wreszcie zwiać do ciepłego…. do domu. Zacukałam się przy słowie „ciepły”, albowiem w mieszkaniu mam całe 16 stopni i dalibóg – nie jest to komfortowa temperatura dla niskociśnieniowca :/
Puenta niestety nie jest pozytywna.
Krótko po tym, jak odtajałam przy gorącej herbacie, zadzwoniła – skądinąd bardzo miła i pomocna – babka z centrum kryzysowego, która ściągnęła nad kanał weterynarza, z informacją, że kormoran nie przeżył. Pół godziny po tym, jak w lecznicy rozpoczęto dogrzewanie kompletnie wyziębionego ptaka, odleciał – tym razem na zawsze.
Może tam, gdzie odlatują kormorany z piosenki Szczepanika..?


Read Full Post »