Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Styczeń 2014

już cztery lata

Może tak jest
że patrzysz z wysoka
na cuda Ziemi, na dach Wszechświata,
może to wszystko w jednej sekundzie
widzisz i czujesz, sobą ogarniasz..

Może tak jest,
że patrzysz na rzeczy,
dla których zmysłów ja jeszcze nie mam,
i może tańczysz w takt rytmu Duszy,
której mi braknie
bardziej niż chleba….

Może tak jest,
że gdzieś stamtąd, z dala
widzisz najcichsze łzy i wspomnienia,
których okruchy cenne jak oddech
w sercu i w myślach chronię i zbieram…

Może tak jest,
że gdzieś koło mnie,
za cienką linią tętniącą życiem
stoisz i patrzysz na to, co robię,
tylko twej dłoni już nie uchwycę…

Może uśmiechasz się widząc rzeczy,
które wciąż z myślą o Tobie tworzę..
Może gdy zasnę naprawdę mocno,
to kiedyś wreszcie przestanie boleć?….

memories of the light2

http://www.youtube.com/watch?v=eJSB6FqUpv8

Read Full Post »

Oświadczyny i inne prześladowania

http://www.youtube.com/watch?v=QKyUIc28Mc8

Czasy mamy ponure (i wędrowcom nierade), wszędzie spiski i knucie, czyszczenie sumień i poglądów, podstępy zjada się na śniadanie, a popija koktajlem z afer, więc w tej kipiącej intrygami atmosferze wykiełkowało mi wspomnienie paru zdarzeń sprzed lat. 
Moja przygoda ze świrami w zasadzie zaczęła się zupełnie niewinnie.
Od oświadczyn mianowicie.

Po circa about 8 latach związku, w toku dyskusji wiodących już wtedy w głęboką p….zdę, pardon my french, i czemu ja się wcześniej nie połapałam, że w ową ta relacja zmierza, no co za niefart – ale do rzeczy: po latach związku określanego jako „udany” wylazł nam w toku tychże dyskusji temat „no to kiedy ten ślub i w ogóle co dalej?”.  I tak oto pewnego upalnego lipcowego dnia wraz z Jeszcze_wtedy_nie_exem wędrowaliśmy po sklepach jubilerskich w poszukiwaniu przedmiotu pożądania panien, zwanego pierścionkiem zaręczynowym. 
Żeby nie przedłużać – ostatecznie na właściwy i piękny wielce trafiliśmy w salonie o ptasiej nazwie, zakupu dokonano, przedmiot pożądania panien został zapakowany w śliczne dupełeczko z kokardką i wyszliśmy ze sklepu w słoneczny kurz lipcowego popołudnia.
Do dziś pamiętam – akurat z hurgotem przewalił się przed nami tramwaj, łomocząc na szynach, a w bramie obok, jakieś dwa metry ode mnie, malowniczo uświniony konsument niedrogich trunków oczyścił nozdrza rozgłośnie a soczyście, dekorując gilem własne buty i ścianę – i ten właśnie moment wybrał Jeszcze_wtedy_nie_ex na to, by zgnębionym tonem zapytać „Kiciu, czy wyjdziesz za….” – tu wpadłam mu w słowo, błagając nieledwie, by jednak może – MOŻE! – wybrał nieco inną lokalizację… okoliczności… na litość Piekieł, przecież nie chcę potem przez całe życie wspominać takiego momentu za każdym razem, gdy ktoś przy mnie wytrąbi nochal w dwa palce!!!!
Niewątpliwie, gdyby doszło do tego ostatniego słowa, byłyby to jedne z najoryginalniejszych oświadczyn ever.
Ale nie były. Z paru powodów.
Raz, że wersja oficjalna (odbyła się dzień później) była mdła i letnia jak zupa owocowa, dwa, że w paręnaście zaledwie tygodni później w życiu exa pojawiła się z impetem porównywalnym chyba tylko z owym kichnięciem menela małoletnia, ale całkiem pełnoletnio szurnięta pannica, która stała się moim pierwszym, realnym zupełnie Osobistym Świrem I Psychopatą.
Głupi przypadek sprawił, że w ogóle połapałam się w fakcie, iż mój chłop osobisty wali mnie w rogi jak w kaczy kuper. Przypadek i jednocześnie jego własna głupota, która kazała mu uprawiać lewy romans via jego skrzynka mailowa, do której posiadałam hasło – a bo to „kiciu, sprawdź mi maile; kiciu, a zobacz, co X napisał….”
Nie wdając się w szczegóły, bo sprawa jest stara, zdechła i zakopana już dawno, związek się rypnął; przedmiotem pożądania panien, zwanym pierścionkiem zaręczynowym, ex oberwał prosto w dziób zaraz po tym, jak w ten dziób oberwał ode mnie osobiście, a ja zabrałam swój połamany worek osierdziowy i oddaliłam się palpitując. 
Tej palpitacji i nerwów było nieco za wiele, co po czasie bez przymusu przyznaję, za to okoliczność łagodząca taka, że powodów miałam co niemiara.
Zamiast bowiem schować oba paskudne, kłamliwo-zdradzieckie łby w piasek nieistnienia i uprawiać swoje życie uczuciowe z dala od zrobionej w wała ex-baby, to miłe a świeże stadło zaczęło się pchać na chama wszędzie tam, gdzie można mnie było spotkać. 
Oczywiście wirtualnie, bo na spotkanie twarzą w twarz nie było tam ani grama odwagi. Za to przez net – hulaj dusza, IP zmienne, można szaleć!
No i poszalała sobie, bo to właśnie ten nowy nabytek exa rozwinął skrzydełka w roli Psychopatki z Nożem (wirtualnym). 
Znajomi moi z różnych zakątków sieci zaczęli znienacka dopytywać, czy ta panna, co pcha im się natrętnie do znajomości, to może jakaś moja krewna, czy młodsza siostra? bo wszędzie tam, gdzie cokolwiek w necie publikowałam, natychmiast zjawiała się Psychopatka i zaczynała odstawiać cyrk. Cokolwiek napisałam, było nieudolnie kopiowane, każdy wpis i każda wypowiedź natychmiast komentowane w głupi i prostacki sposób; zakładała sobie fałszywe konta na różnych odwiedzanych przeze mnie stronach i wespół w zespół z jeszcze jedną idiotką – moją dawną bliską koleżanką z liceum – siały tak żenującą głupotą i chamstwem, że zaprawdę, cytując króla Dezmoda, rozum nie jest w stanie tego ogarnąć.
To natręctwo przechodziło także w znajomości realne, lecz i tutaj spełzło na niczym, bo większość dawnych wspólnych znajomych zwyczajnie nie chciała mieć z oszołomstwem nic wspólnego.
Jednak głupie czy chamskie komentarze, snucie się jak smród po chałupie za obiektem swojej chorej fascynacji to jedno, zresztą dość często zdarza się w świecie małolatów. Ale tak naprawdę zrobiło mi się nieswojo, gdy trafiłam kiedyś w sieci na zamieszczone przez tę pannicę zdjęcie – przerobiła swój wizaż tak, by mieć identyczną (a bardzo charakterystyczną) fryzurę jak ja….
Przypomniały mi się wtedy różne chłamerykańskie filmy o psychopatkach, upodabniających się do obiektu swojej manii, i po raz pierwszy i jedyny poczułam ..no może nie lęk, ale solidny niepokój.
Żeby nie przedłużać opowieści o duecie „mam nierówno pod czaszką, ale się staram”, powiem tylko, że z biegiem miesięcy obie świruski odpuściły. Ucichło podszywanie się pod „życzliwych komentatorów”, skończyło się udawanie „pani fotograf” i „Andrzeja z Rumii”, którzy zupełnym, nieprawdaż, przypadkiem, trafili na moją stronę i zupełnym przypadkiem mają te same dane IP, co mała psychopatka; słowem, w obliczu kompletnego ignorowania przeze mnie tej ekipy czubków, wreszcie się czubkom odechciało.

 Życie, jak to życie, posiada jednakże talent do dopisywania zabawnych puent na własną rękę. I dopisało także tym razem, ale nie do końca zabawną.
Po latach, szwendając się po jakimś babskim forum, nieoczekiwanie trafiłam na wpisy Mojej Osobistej Psychopatki. Poza mądrowaniem nt tego, jak ważne w związku są szczerość, zaufanie i szacunek dla drugiej osoby, nawet, gdy uczucia już wygasną, i aha, absolutnie nie wolno się zdradzać, bo to okropne, nieprawdaż, natknęłam się na wpis, który jednocześnie zmroził mnie, ostudził wszelkie, niewygasłe jeszcze emocje i zarazem totalnie wyprał z jakichkolwiek ciepłych wspomnień o ex.
Ta sama bowiem panna, która z taką pychą i arogancją potrafiła mi napisać, że to jej świeżość, młodość i niewinność (uhahaha ^^) odciągnęły exa do niej ode mnie – starej, wrednej wiedźmy (facet był w moim wieku, ale to panience nie przeszkadzało w teoriach z koziego zadu wyjętych), żaliła się okrutnie w wątku związanym z uzależnieniami mężczyzn od porno, wywlekając najintymniejsze detale, od których momentalnie zrobiło mi się mdło i słabo.
Okazało się bowiem, że ten wspaniały i rycerski samiec, wyrwany – ba! uratowany przez niewinną panienkę ze szponów Złej Starej Wiedźmy Marty – był uzależniony od porno o podłożu pedofilskim…
Zbaraniałam. Siedziałam patrząc w ekran jak szpak we wrota stodoły, ale takie, na których przybita jest głowa staruszki i okrwawiony tasak…
Nie bardzo chcę przywoływać tamte wspomnienia, ale jednak do dziś pamiętam potworny szok i obrzydzenie podczas czytania wynurzeń tej laski, opowiadających o rodzajach zdjęć i filmów zbieranych maniakalnie przez Na_całe_szczęście_już_nie_mojego_faceta… Jakieś inscenizacje pornograficzne z udziałem misiów, lalek, lizaków…. i niedojrzałych, dziewczęcych winogron.
I to był drugi moment, gdy poczułam strach – odległy już, w zasadzie tylko echo; cień wspomnień pewnych zachowań exa stał się bardziej zrozumiały, a przez to – niewyobrażalnie obrzydliwy.
I pomyślałam sobie z dreszczem zupełnej grozy, że zamiast nienawidzić, złorzeczyć tej dziewczynie, zamiast wracać z goryczą do tamtych zdarzeń – powinnam w zasadzie jej głęboko współczuć. Bo to nie ja dzielę życie ze zboczeńcem. I nie ja potencjalnie będę miała z nim dziecko. I nie ja będę drętwiała z przerażenia, gdy facet będzie kąpał kiedyś, być może, ich córkę…
Ale nie znalazłam w sobie tego współczucia, mimo wszystko. Bo w powiedzeniu „kto sieje wiatr, zbiera burzę” jest cholernie dużo racji – i co mnie obchodzi, jaki plon zbierze ktoś, kto siał z taką złośliwością, podłością i głupotą?….

Później zaś życie podrzuciło mi jeszcze jedną, drobną puentę, tym razem nieco mniejszego kalibru. W jednym z bydgoskich klubów spotkałam na koncercie tę drugą ubogą w IQ damę, która knuła i makiaweliła (na poziomie magla ^^) wraz z Moją Osobistą Psychopatką. Strach, jaki zobaczyłam w jej oczach, kiedy stanęła ze mną twarzą w twarz, był przez moment.. fascynujący. I w jednej chwili zrekompensował mi rozgoryczenie odczuwane z powodu tego, że wieloletnia, zdawałoby się dobra znajoma, zdolna jest do takich głupich działań ręka w rękę z małą, głupią panienką, niepotrafiącą poradzić sobie z odpowiedzialnością za własne czyny.

Tchórzliwy PedoEx, Psychopatyczna Małolata, stuknięta i zgorzkniała Była Znajoma – to były pierwsze osoby, z którymi zetknięcie uświadomiło mi, że na świecie czubów jak mrówków. A potem wyjechałam do Zielonej Góry, zamieszkałam tam na kilka lat i… do kolekcji świrów dołączyłam następne okazy. 
Niestety zresztą…

I tu docieramy do Drugich Oświadczyn W Moim Życiu ;>
Wsiąkając w towarzystwo zielonogórskich znajomych, poznałam faceta, który na pierwszy, a nawet drugi rzut oka budził sympatyczne odczucia. Należał do klubu fantastyki, do którego i ja trafiłam, udzielał się w bractwie rycerskim – był łucznikiem, taką zresztą ksywkę nosił, i pod taką właśnie będzie „bohaterem” kolejnej odsłony tragifarsy „o czubach” ;>
Łucznik miał pewien feler – zakochiwał się w tempie schodzącej lawiny w niemal każdej babie, jaka pojawiała się w jego towarzystwie. Z tych związków jednakże nic nie wychodziło i rzec można, że wręcz seryjnie. Zaczynało się od szarmanckiej adoracji z kwiatami i randek w pijalniach czekolady, a kończyło na tym, że kolejne damy łuczniczego serca wiały w podskokach i dosłownie podskakiwały na dźwięk jego imienia.
Czemu tak się działo? Cóż, fakty wyłaziły jak zombie w starych filmach: powoli i z głębokich dołów: gość był jak bluszcz. 
Ale taki trujący. 
O ile zwykły człowiek-bluszcz to osoba mało szkodliwa, acz marudna, o tyle Bluszcz Trujący jest… no właśnie, trujący.
Łucznik truł powoli, ale męcząco, a z czasem niebezpiecznie. Po zabawnych dykteryjkach o sprawach zgoła niewinnych i raczej z gatunku „nie dogadali się”, zaczęły pojawiać się ponure zupełnie fakty: a to uderzył dziewczynę w twarz, a to inną poszarpał za frak i chlusnął jej w twarz piwem, bo nie chciała z nim wyjść z knajpy; inną zostawił w środku lasu i w środku nocy, i wrócił sam do domu – słowem, Łucznik jako obiekt towarzyski zaczynał się stawać persona zdecydowanie non grata.
Wedle słów mojego znajomego, byłam jedyną babą, która nie uległa nigdy jego zalotom. Nie był w moim typie, nie widziałam sensu w pogłębianiu znajomości, co zresztą od razu i uczciwie mu powiedziałam po pierwszych awansach, nigdy też nie przeszło mi bodaj przez myśl, żeby z nim flirtować „dla żartu”, bo generalnie nie umiem flirtować, a nawet gdybym umiała, to robić to wobec kogoś, kto na mnie nie działa zdaje mi się równie sensowne, co wciskanie pasty z powrotem do tubki.
Jednak mimo braku zachęty – a cholera wie, może właśnie dlatego? – Łucznik uparł się na mnie i drążył temat, nie przyjmując do wiadomości odmowy.
Były to czasy, gdy, jeśli miałam dobry dzień, byłam w stanie obedrzeć dowolnego nachała lub innego upierdliwca ozorem ze skóry z odległości dwudziestu metrów (gdy miałam gorszy – z dziesięciu;>), tak więc nie sprawiało mi większej trudności trzymanie Łucznika na dystans.
Mimo, że nigdy nie wyszłam poza koleżeńską uprzejmość wobec niego, przyszedł dzień – listopadowy, ponury – gdy do moich drzwi zastukał Łucznik w pełnej gali garnituru, krawata i trzech pąsowych róż.
Uzbrojony dodatkowo w dostojną minę , kojarzącą się odlegle z niezwykle zapracowanym chomikiem.
Obserwując ten zestaw przez wizjer, mój zmysł sarkazmu zawył jak podpalany i niestety miał słuszność.
Łucznik zainstalował się – po wręczeniu mi kwiecia, udekorowanego złotą i paralitycznie skręconą wstążką – w fotelu, pokręcił się (aż zaczęłam się zastanawiać, czy mój kocur nie porzucił tam może swojej ulubionej szyszki…), po czym poderwał i ogłosił, że oto wino przyniósł, świetnego tokaja, dawaj, Drozdowska, kieliszki!
Po czym rozczarował się pierwszy raz tego popołudnia, gdy odmówiłam poczęstunku, tłumacząc się syndromem dnia poprzedniego (z ostentacyjnym podkreśleniem „ah, bo wiesz, za dużo z tym moim M. wypiliśmy…”), i przyniosłam tylko jeden kieliszek.
Łucznik nalegał, sapał i marudził, ale nic nie wskórał i w krótkim tempie sam opróżnił butelkę, w widoczny sposób niekontent.
Tokaj i desperacja rychło dały o sobie znać. Pokraśniawszy, kolega z łukiem kaszlnął, chrząknął i zaczął w te słowa:
– Słuchaj, Drozdowska, ja cię tak obserwuję, od czasu jak przyjechałaś do Zielonej Góry, i tak sobie pomyślałem, już w sumie dość dawno – bo wiesz, zajebiście gotujesz i ładna z ciebie laska – że świetnie nadajesz się na moją żonę! – tu zawiesił głos, a oko mu błysnęło, jakby zobaczył zupełnie nową, dziewiczą tarczę strzelecką….
Patrzyłam na niego przez jakieś 10 sekund, pozwalając, by zaczął się wiercić jak na ruszcie, i spytałam spokojnie:
– A biorąc pod uwagę fakt, że dwa tygodnie temu oświadczyłeś się Kaśce, to wszyscy w rodzinie zdrowi?…

(Tu uwaga: wspomniana Kaśka to ówczesna moja znajoma – niestety zresztą: okazała się być zwyczajną złodziejką, przez którą do dziś mam bliskie i chłodne relacje z komornikiem. Swoją szosą to też materiał na historię: nie dość, że złodziejka, lecz także oszustka, udająca ciężko chorą na raka; wyłudzaczka i kłamczucha. Sypiała z Łucznikiem, w ramach odskoczni od swojego stałego związku z poczciwym, niczego nie podejrzewającym narzeczonym – ot, taka „kobieta z fantazją”. Raczej nie warta jednak opowieści, choć może kiedyś się skuszę)

Reakcja Łucznika była równie powalająca, co wyjątkowo prostacka:
– Nooooo, wiesz….. – wydukał, wyraźnie zaszokowany faktem, że wiem o tych oświadczynach – Kaśka ma raka (tak, on też w tę bajkę wierzył), nie wiadomo, jak długo pożyje, chciałem jej uprzyjemnić te ostatnie miesiące….
Gdyby to nie było tak skrajnie chamskie i żenujące, pewnie bym się zaczęła śmiać. Ale było skrajne. I kurczę, w zasadzie to się dziwię, że zamiast wywalić chama z chaty na zbity bezpysk, ze spokojem spytałam, co każe mu oświadczać się kobietom, które są w związkach – jakiż to brylant w jego charakterze jest tym wabikiem, tą nieodpartą pokusą, by rzucić w diabły aktualnego Tżta i runąć w łucznicze ramiona?

Łucznik nie wiedział, jakiż to może być brylant. Obraził się więc trochę i skwaśniała mu mina.
Kisła zaś coraz mocniej, gdy zapytałam, co w powtarzanym wielokrotnie „nie jestem tobą zainteresowana w sensie uczuciowym” każe mu sądzić, że przyjmę oświadczyny. Bo co do Kaśki, która pod bokiem swojego „oficjalnego” narzeczonego pruła się z Łucznikiem gdzie popadło, no, to jeszcze można było zrozumieć, że poczuł grunt dla swoich awansów. Ale u mnie ino kamienie i szkło tłuczone, więc po kiego te złudzenia?….
– No….. odrzekł na to Łucznik, wysuwając dolną wargę jak szufladę w biurku – no bo ja uważam, że nadajesz się na moją żonę….
No, tośmy sobie nie pogadali. Poinformowałam go oschle, że absolutnie i w żadnym aspekcie on nie nadaje się na mojego męża, c.b.d.u.
Dostał kwiaty z powrotem, zapytałam niewinnie, czy butelki po tokaju też by nie zabrał, i pooooo-szedł! tupiąc glanami po schodach, w rytmie dość pogrzebowym zresztą.
I gdybym nie mieszkała wówczas w bloku, w którym był domofon, a co za tym idzie, możliwość kontrolowania tego, kto do mnie przyjdzie lub nie, to być może, że facet nie ograniczyłby się tylko do warowania przez kilka następnych tygodni pod oknami, sprawdzając, czy jestem w domu, ale robiłby coś więcej.
Coś, co robił kolejny świr, z jakim miałam do czynienia, a co było chyba najpoważniejszym zdarzeniem z cyklu „mam na karku psychopatę”.

W pewnym momencie mojej zielonogórskiej „przygody” mieszkałam w wynajmowanym w peryferyjnej dzielnicy parterowym, wiejskim domu. Otaczał go sad i ogród, z tyłu płynął strumień, po którym przez chwiejną kładkę przechodziło się wprost do lasu – wokół cisza, spokój, ptaszkowie leśni, sąsiedzi życzliwi, słowem, sielanka.
Do czasu.
Rozpoczęłam wówczas pracę jako pilot wycieczek i zaczęły się problemy ze znalezieniem „catsittera” dla moich kotów. W tym momencie z pomocą przyszedł pewien mój znajomy – jowialny, sympatyczny pancur, były narkoman – co nie robiło na mnie wrażenia, bo w końcu każdy ma prawo do błędów, a gość deklarował, że jest czysty od wszelkich używek. Lekko zbzikowany na punkcie wege, ideologicznie pozakręcany w różne strony, ale do pewnego stopnia ciekawy rozmówca. 
Co istotne, nigdy nie chciał się zgodzić na żadne wynagrodzenie za opiekę nad zwierzakami czy jakąkolwiek inną pomoc, jaką mi okazywał, co starałam się obejść a to podrzucając mu jakieś książki czy płyty, a to piekąc jakieś ciasto czy coś w ten deseń.
Wyjeżdżając do pracy, byłam spokojna o dom i zwierzęta – facet był uczciwy, lubił sierściuchy, a biorąc pod uwagę, że parę tygodni wcześniej umarł jeden z moich kotów, gdy futrzaki zostały pod „opieką” kompletnie nieodpowiedzialnego małolata, który chwilowo pomieszkiwał pod „moim” dachem – miałam prawo do przewrażliwienia..
Jednak Marcin nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Co prawda mój przyjaciel ostrzegał mnie, bym uważała z tą znajomością, bo niewykluczone, że to wszystko jednak nie jest aż tak bezinteresowne, lecz ja byłam zdania, że nic takiego na pewno się nie zdarzy – przecież kolega wie, że jestem uczuciowo zaangażowana gdzie indziej, więc spokojnie….
…jak na wojnie.

Pierwszy dzwoneczek zadźwięczał mi, gdy gość pewnego dnia wygłosił dłuuugą przemowę o tym, jak wysoko ceni go jego mama i jak bardzo się martwi, że syn wciąż sam, bez dziewczyny….
Kiedy na to dictum nie zareagowałam w oczekiwany przez Marcina sposób, przeszedł do bardziej otwartego ataku i spytał, czy też tak uważam, jak jego mamusia, i że może byśmy?…..
Kurdęż, pomyślałam sobie, następny Łucznik?…
Wyklarowałam koledze, jak się sprawy mają, pokiwał głową, westchnął „szkoda” i spytał, kiedy mam następny wyjazd, bo on do kotów jak najbardziej przyjdzie, w ogóle nie było sprawy.
A ja się, głupia trąba, ucieszyłam….
Radocha z zaopiekowanych kotów i takiego miłego catsittera przeszła mi po powrocie z następnej trasy. Około drugiej w nocy obudził mnie miękki łomot czegoś tłukącego w szybę – zerkając przez szczeliny w żaluzjach, zobaczyłam charakterystyczną sylwetkę Marcina, z kapturem naciągniętym na głowę, czającego się za niskim żywopłotem ogródka, i rzucającego w okna sypialni jabłkami z sadu. Zrobiło mi się zimno i straszno, nie wiedziałam, czy dzwonić na policję, czy wysmyknąć się po cichu z domu i pogonić typa z jakimś drągiem – w końcu wybrałam bramkę nr trzy i znienacka otworzyłam okno, drąc się donośnie a wulgarnie i obiecując różne brzydkie rzeczy „kawalarzowi”. 
Tupot nóg, facet znika.
Zjawia się na drugi dzień – i obserwuję kątem oka, jak rzednie mu mina, gdy opowiadam z przejęciem, że miałam taką paskudną przygodę w nocy, ale zgłosiłam to na policję i obiecano mi patrole co wieczór. Wyraźnie spłoszony Marcin pożegnał się prędko i wyszedł – i przez blisko tydzień nie pojawił u mnie ani razu.
Miałam nadzieję, że oznacza to koniec głupot, ale niestety, gość się dopiero rozkręcał…
Którejś nocy, gdy nad miasto nadciągała burza i z oddali mruczały już grzmoty, dostaję sms „zdejmij te ręczniki z linek, burza idzie”. Ostrożne zerknięcie przez okna pokoju od strony sadu – i jest, cień ciemniejszy od nocy, zgarbiona postać siedząca w kącie podwórza…
Nie odpisałam, nie wyszłam na zewnątrz, faktycznie zadzwoniłam na policję i obiecano, że za moment podjedzie w te okolice patrol. Marcin zdążył wycofać się z ogrodu, zanim radiowóz minął dom. Rano znalazłam na klamce drzwi wejściowych torbę ze wszystkimi książkami i płytami, jakie ode mnie dostał..
Przez kilka następnych nocy słyszałam kroki i szmer obecności za oknami kuchni i innych pomieszczeń, ale na szczęście upierdliwość patroli policyjnych w końcu położyła temu kres.
Może z mojej strony był to błąd, że nie przyparłam kiedyś faceta do muru pytaniem wprost, dlaczego łazi pod moimi oknami… Z drugiej strony on sam twierdził, że gdy nocował u mnie podczas moich wyjazdów, słyszał, jak ktoś chodzi po podwórzu nad ranem. Reasumując, bardzo być może, że miałam dwóch nieproszonych gości: i kogoś, kto szukał okazji do włamu, i faceta z co najmniej zaczątkiem jakiejś obsesji na moim punkcie, a obie te rzeczy do dziś są jednymi z bardziej niepokojących wspomnień.

Żeby jeszcze dodać niezbyt ładny kwiatek na koniec i Łucznikowi, i wege-pancurowi – dopowiem, że po definitywnym zakończeniu znajomości obaj plotkowali w wyjątkowo obleśny sposób na mój temat. I to był jeden z pierwszych momentów, kiedy zrozumiałam, że nie można chlapać ozorem o swoich kłopotach na prawo i lewo, bo są ludzie, którzy się na tym przejadą do sławy towarzyskiej i ku własnej parszywej uciesze.

Z takich dość dziwacznych osób, jakie przewinęły się przez moje życie, mogę jeszcze wspomnieć „demona z Trzcianki” – było to w czasach, gdy prowadziłam ożywioną korespondencję z ludźmi poznanymi przez ogłoszenia towarzyskie w jednym z istniejących wówczas czasopism muzycznych. Wymieniałam listy z różnymi srogimi „metalowcami” z różnych części kraju, ale przez łeb naiwny nie przeszłoby mi podejrzenie, że jeden z nich któregoś razu zawita na progu mojego domu. A jednak! Dzwonek do drzwi, otwieram, spodziewając się wracającej z zakupów Mamy, a tam jakiś z twarzy podobny całkiem do nikogo człowiek odzywa się szczerbatą paszczęką „ceść, to ja – Demon, no wiesz, z Trzcianki”…
Ugościłam osobę kanapkami i herbatą, gorączkowo główkując, jak się typa pozbyć z chaty, i równie gorączkowo zastanawiając się, czy fakt jechania na tzw „pałę”, bez zapowiedzi, z jakiejś zadupiastej Trzcianki (wybaczcie, potencjalni czytelnicy – trzciankowiczanie!), do kogoś, kogo się nie zna i kto nie zna wizytującego, jest objawem tylko entuzjazmu, czy już jakiejś solidniejszej amby…
Demona z Trzcianki udało się spławić groźbą nachodzącej z wizytą babci, która bardzo lubi oglądać rodzinne zdjęcia, wręcz, powiadam ci, demonie z Trzcianki, godzinami może to robić. I pozostało tylko modlić się (ciekawe swoją szosą, do kogo…), żeby z wizytą nie wybrał się do mnie z kolei np. korespondencyjny znajomy z Włocławka, co listy zwykł pisać własną krwią, a kończyć je frazą „uniżony szatański sługa Argharath”.

Na tle takich indywidualności bledną doprawdy „zwyczajni” plotkarze, którzy pogonieni po won z dala ode mnie, wyplatali całe koszyczki plotek i pomówień na podstawie rzeczy, które w swoim głupim zaufaniu im powierzałam.
I mimo, że nadal w pewnym stopniu uprawiam tutaj i nie tylko tutaj swoisty ekshibicjonizm, to jednak w końcu nauczyłam się – czasem dość boleśnie – że istnieje całkiem spory procent ludzi, których należy trzymać baaardzo daleko od nas.
Najlepiej w zakładzie zamkniętym.
A jak się nie da w zakładzie – to gonić ze swojego otoczenia prądem, groźbą i wściekłymi jamnikami.

 

 

Read Full Post »

Skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

Wiatr, to wiatr je łapie, wstrząsa,

ściga tłukąc wciąż o ściany;

skrzypią blachy, drżą łańcuchy,

dźwięczny taniec odbijany…

Jak huk wielkich oceanów

w dali brzmi w momentach ciszy,

blask latarni kapie w ciemność, skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

 

Zda się – nawet światło zdmuchnął,

nocny wiatr, dachami trzęsąc,

kuląc się pod jego biczem,

szyby w oknach drżą i brzęczą…

 

Jak młot fal bijących w brzegi

w dali brzmi, chwilami ciszej,

blask latarni kapie w ciemność, skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

 

Komuś ukradł sen stubarwny

i ulicą teraz leci,

jak piłeczka kolorowa,

podskakując pośród śmieci…

 

Skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

Furia trwa i wciąż narasta.

Niewidzialne palce wichru

tłuką w bruk, w ulice miasta…

Zdmuchną sen z niejednych powiek,

drugim ześlą sny z otchłani;

inni zbudzą się raptownie,

w głębi nocy całkiem sami…

 

Jak puls wielkich oceanów

z dali brzmi w momentach ciszy;

blask latarni kapie w ciemność, skrzypią szyldy.

Czy też słyszysz?…

 Bydgoszcz dawniej

(zdjęcie pochodzi ze strony „wspominaj Bydgoszcz”, zachęcam do zajrzenia, zwłaszcza jeśli się jest bydgoszczaninem tęskniącym za przeszłością.. Innym zresztą też polecam.
Kiedy na nie trafiłam, przypomniał mi się widok z moich okien w dawnym mieszkaniu na ul. Jezuickiej, na bydgoskiej Starówce – wychodziły wprost na ul. Niedźwiedzią i właśnie na taką kolekcję blaszanych, ozdobnych szyldów.. Pewnej nocy, podczas wichury, słuchałam długo ich skrzypienia i innych niesamowitych dźwięków, jakie wydawały, i wtedy przywędrował do mnie pomysł na ten tekst. To było wiele lat temu, z pierwotnego wiersza pozostały tylko fragmenty, na których zbudowałam na nowo wspomnienie tamtej nocnej wiugi…)

Read Full Post »