Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Luty 2014

trust no one

Świry, czubki i dziwadła, jakkolwiek przykre w swoich zachowaniach, niemiłe w towarzystwie i męczące ogólnie, mają o tyle wytłumaczenia po swojej stronie, że najczęściej nie do końca mają świadomość swojej upierdliwości. Można oczywiście stopniować ich uciążliwość, tyle, że jest to zajęcie równie sensowne, co kopanie się po dupie z jeżozwierzem, jako że wariat na ogół ściągnie cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem. I zostajemy w kątku, kiwając się nad nocnikiem i zastanawiając, po której stronie lustra jesteśmy.

Ale czasem spotykamy na swojej drodze naprawdę złe osoby. I w zasadzie nie powinno się o nich pisać historii, tylko spuścić na nich (po spuszczeniu ich w kiblu towarzyskiego nieistnienia) zasłonę wymownego milczenia.
Kusi jednak, by najpierw zafundować im kopa w twarz.
Solidnego.
Z półobrotu.
Podkutym butem.
Z gwoździami.
Nasmarowanymi solidnym ładunkiem tężca.
A potem.. a potem to się zobaczy.

Z człowiekiem złym osobiście i na dłużej zetknęłam się tylko raz, na szczęście. Na nieszczęście, ta osoba zdołała w tym czasie wejść na tyle głęboko w moje życie, by w nim narobić właściwego sobie gnoju.
A zaczęło się bardzo niewinnie.
Od szukania pracy….

W 2007 roku wyjechałam do Zielonej Góry. Miasto urzekło mnie od razu, a poznawani nowi ludzie dokładali się do tej miłej atmosfery. Z wielką radością przyjęłam więc wiadomość, że w jednej z kwiaciarni „taka miła blondynka” chętnie przyjmie kogoś do pomocy – taką wieść przyniosła mi pewnego dnia z miasta znajoma.
Na miejscu wszystko się zgadzało – miła, pulchna blondynka, kwiaciarnia pełna znajomych zapachów i plany na zupełnie przyjemną współpracę.
Gdybym wówczas była w stanie przewidzieć, że sympatyczna blondynka Kaśka to wściekła sucz rodem z najgorszych koszmarów naiwniaka, nie postawiłabym nogi w tym
miejscu. Ale cóż, w tym przypadku prekognicja nie była moją mocną stroną, powiedzmy to sobie szczerze.

Współpraca potoczyła się całkiem miło. Dość prędko znalazłyśmy wspólne tematy (do pewnego stopnia), dobrze dogadywałyśmy się w kwestiach zawodowych, a do tego widać było, że Kaśka wyraźnie ma ochotę przenieść znajomość także poza sferę pracy.
W rozmowach zaczęły się pojawiać tematy poważniejsze i tak dowiedziałam się, że kwiaciareczka jest w, kolokwialnie mówiąc, smętnej dupie, bo wyrolowała ją finansowo wspólniczka – zostawiła z niezapłaconymi rachunkami na karku i biedna Kaśka musi je teraz spłacać. Na szczęście odkąd ma mnie do pomocy, czuje, że sprawy ułożą się pomyślnie i że będzie pracy i profitów, że hoho!
No trzeba przyznać, w świetle późniejszych wydarzeń, że do pewnego stopnia tak było…

Luty roztopił się w marcowym słońcu, wiosna zaczęła skłaniać ku latu, a ja w międzyczasie otworzyłam swoją własną działalność i dzieliłam swój czas między kwiaciarnię i swój biznes. Pieniędzy z florystycznego biznesu nie było za wiele – pochłaniały je długi Kaśki, czynsz za wynajmowany pod kwiaciarnię lokal, ale przecież już za moment miałyśmy rozwinąć skrzydła!
Pierwsze piórka z tych skrzydeł opadły pewnego dnia, gdy Kaśka poprosiła mnie, żebym wzięła dla niej pożyczkę. Na czynsz za lokal. Bo ona nie może… wspólniczka zostawiła ją z długami i ona nie ma możliwości pożyczenia z banku pieniędzy… Ale oczywiście ona wszystko spłaci – co do grosza. I to przecież tylko raz.. I ona nie ma wyjścia, nie ma kogo poprosić, a ze mną tak dobrze jej się pracuje…
I polały się łzy srebrzyste z kaśkowego oka.

Dwie.
Wystarczyły te dwie mimo wszystko. Wzięłam pożyczkę z parabanku, podpisałam papiery, dostałam kasę, przekazałam Kaśce, ta popędziła zapłacić czynsz za kwiaciarnię i była ah! jaka szczęśliwa! I jak bardzo wdzięczna! I jak ja ci się zdołam odwdzięczyć! I w ogóle.

Czas płynął, raty także. Przy wpłacaniu którejś z kolei w oddziale parabanku okazało się, że w „nagrodę” za regularne wpłaty mogę wziąć kartę z limitem 1500 zł. Weź, poradziła mi Kaśka. Przecież potrzebujesz kasy na wyjazd do domu, na zakup towaru do firmy, warto mieć takie zaplecze.
Wzięłam.
I dwa dni później oddałam całą sumę zapłakanej Kaśce. Bo ona nie ma na czynsz… Bo właściciel podniósł kwotę, a ona ma kolejne raty do zapłaty za tę wspólniczkę, co to ją oszukała…
Jak ona płakała, mój boże… Jakie miała ciężkie życie. Przyjaciółka tak ją podle wyrolowała… Nie posiadałam się z oburzenia, że można do tego stopnia wykorzystać czyjeś zaufanie i – tak zwyczajnie, po prostu okraść. Jakim trzeba być „człowiekiem”?!?…

Czas, jak to miał w zwyczaju, popłynął sobie dalej. Minęły tygodnie, miesiące, zajrzała do nas zima, zrobiło się chłodno.. a zwłaszcza mnie zrobiło się wyjątkowo chłodno, gdy któregoś wieczoru odebrałam telefon od mojej Mamy – zapłakanej, zdenerwowanej do granic. Przeczytała mi list (przyszedł na mój adres bydgoski) z działu windykacji „mojego” parabanku. W związku z zaległościami w wysokości x-rat sprawa zostaje skierowana do postępowania egzekucyjnego…. plus cały ten bełkot pseudoprawny, jaki zwykle w takich pismach widnieje.
Mój szok był niemal tak samo wielki, jak wiara, że to jedynie pomyłka. Przecież miałam od Kaśki potwierdzenia przelewów, drukowała je i skrzętnie mi przynosiła..
Pamiętam do dziś, jak w ciemności zimowego popołudnia siedziałam z nią na miejskim skwerze i trzęsąc się jak osika, pytałam, o co chodzi z tą pomyłką. I pamiętam, jak serce pełzło mi do gardła i pęczniało tam, dławiąc oddech, gdy Kaśka, moja przyjaciółka w potrzebie, płakała jak bóbr – co tam jeden gryzoń, jak całe
bobrowe żeremie! – przepraszając mnie za  sfałszowanie potwierdzeń przelewów… Bo ona nie miała na spłaty, a tak się bała, że przestanę się z nią przyjaźnić…
Dlaczego wówczas nie wstałam, nie wyrżnęłam jej głową o krawędź ławki i nie wyrwałam jej tego kłamliwego ozora z pyska, do dziś, przez tyle lat, nie umiem pojąć.
Dlaczego natychmiast nie zakończyłam tej „przyjaźni”… bo pytanie, dlaczego w ogóle zaufałam obcej w gruncie rzeczy babie w tak ważnej kwestii, jak finanse, w pewnym sensie ma odpowiedź.
Bo jestem naiwna z domu. Bo wyrosłam w środowisku, gdzie pewnych rzeczy się po prostu nie robiło – jeśli ktoś zdradzał zapędy w takie rejony, to był z tego środowiska natychmiast rugowany i okrywał się w nim hańbą. Moi przyjaciele nie robili takich rzeczy, zwyczajnie i po prostu! I mnie samej w życiu nie przeszłoby przez myśl, żeby komuś taki numer odstawić… 
I z jakichś przyczyn, które wciąż są dla mnie zagadką, zamiast skuć tej złodziejce dziób, wysłuchałam jej kolejnej rzewnej historii, wyszlochanych obietnic „ja ci przysięgam na życie mojego syna” i innych takich dyrdymałów.
Gdybym mogła cofnąć czas… nie postawiłabym nogi w jej kwiaciarni, ominęła tę oszustkę jak najszerszym łukiem i najprawdopodobniej dziś nie martwiłabym się i nie skręcała w chińskie u, kombinując, jak jednocześnie zapchać łapę komornikowi i mieć jeszcze środki na własne utrzymanie….
Nasza „przyjaźń” po tych rewelacjach nieco się ochłodziła, ale Kaśce trzeba przyznać, że jak dorwie się do jakiejś naiwnej ofiary, to staje na rzęsach w kącie, żeby załagodzić problemy, przynajmniej dopóki ma nadzieję na wyrwanie jeszcze stówki, jeszcze tysiączka..
Tak też było i w tym przypadku. Mdląca, nieustanna jej obecność w moim życiu rozrastała się jak chwast. Chwast z jednej strony zachęcał do wspólnych wyjść, imprez, wypadów, spotkań, ale też umiejętnie podsycał historyjkę o swoich rzekomych tragediach życiowych. Oto rzekomo zaszła w ciążę i rzekomo urodziła dziecko, które zmarło zaraz po urodzeniu (tyle że brzuch Chwastowi jakoś dziwnie mało się odznaczał w czasie ciąży, wręcz można rzec, że wcale, ale to podobno dlatego, że dziecko było małe,
„takie wiesz, niemal niewidoczne”…); oto rzekomo od lat zmaga się nieszczęsna z nowotworem, nie wiadomo, jak długo pożyje, a tu, o pod szczęką, ma oto kolejnego guza… I co ona by beze mnie zrobiła? Bez swojego powietrza?…
Powietrze, przyznam bez ogródek, było wyjątkowo głupie naonczas i niereformowalne, bo wierzyło jak sztandarowy półgłówek w bajania „przyjaciółki”. I nawet się martwiło, że Mama i inne bliskie mi Osoby wielokrotnie odradzały mi kontynuowanie tej „przyjaźni” – czując od pierwszego rzutu oka na tę osobę, jakie są jej prawdziwe intencje. A ja… zagłuszając wyjące mi gdzieś głęboko w podświadomości syreny alarmowe brnęłam w tę znajomość jak w coraz głębsze bagno.
Powoli, zbyt wolno
jednak, poczucie niesmaku i chęć uwolnienia się z tego układu zaczynały się przedzierać przez mój durny umysł.
Nadeszła kolejna wiosna i przeniosłam firmę do większego lokalu, a co za tym idzie – wzrosły moje wydatki na czynsz. To był jeszcze czas, gdy posiadałam jako taką zdolność kredytową i udało mi się pozyskać pewne fundusze z mojego banku. I ponownie posłużę się wytartym zdaniem – nigdy nie zapomnę, jak z wyjętymi z bankomatu świeżo „pożyczonymi” pieniędzmi wracałam do firmy, by spotkać się z właścicielką lokalu i zapłacić odstępne. Kaśka szła ze mną. Głód w jej oczach na widok pliku banknotów był tak wyraźny, że powinnam sobie była nakopać do tyłka za ślepotę… Zatrzymała mnie przecznicę przed firmą i zapytała wprost, zupełnie bezczelnie, czy nie mogłabym właścicielce mojego lokalu dzisiaj nie płacić, tylko dać jej, Kaśce, te pieniądze, bo ona MUSI do jutra spłacić jakąś ultrapilną (jak zwykle) pożyczkę, ale zaraz jak ją spłaci, to zaciągnie ponownie, odda mi, a ja zapłacę za lokal, i….
I dalej nie słuchałam. Odmówiłam po raz pierwszy i wtedy łasicowata, nieładna twarzyczka wyjrzała na chwilę spod maski „biednej blondyneczki”. Na moje nieszczęście, obie miałyśmy w
tamtym czasie styczność z pożyczkami pozabankowymi, od prywatnych osób. Ona – jak zwykle przelewająca z próżnego w puste, kombinująca za plecami swojego ówczesnego partnera (miała dostęp do jego konta bankowego i szczerze i gorąco żałuję nie tylko tego, że sama w porę nie zwiałam spod jej złodziejskiego wpływu, ale też tego, że nie ostrzegłam jej narzeczonego). Ja dałam się namówić na wejście w tego typu układy za jej, a jakże by inaczej, namową – „bo będziesz miała w razie wu szybkie środki na zakup towaru do firmy”… I kolejny raz spadłam na mordę z wysokości swojego głupiego zaufania i naiwności, gdy okazało się, że złodziejka za moimi plecami, korzystając z moich danych, pozaciągała tego typu pożyczki dla siebie.
I ohkurwagonpełen, do dziś nie umiem pojąć, dlaczego teraz nie siedzę za zabójstwo z zimną krwią, bo przecież kiedy to się wydało, myślałam, że ją zatłukę!… I na myślach się skończyło. Po kolejnych obietnicach i początkowych spłatach z jej strony..
A potem nadeszła jesień 2009 roku i po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się, że mam na karku komornika. Dla ścisłości – dwóch. I to tak na początek.
To były pożyczki „mojej złodziejki”. Jak zwykle, wszystkie na moje nazwisko. Poczucia wstydu, że na tym nazwisku, które noszę po Ojcu, widnieje wyrok komorniczy i błoto opinii „nieuczciwy dłużnik”, nie da się spłacić żadnymi pieniędzmi.
Nieczęsto wpadam w taki naprawdę solidny szał. Był tego niegdyś świadkiem pewien swego czasu ważny dla mnie człowiek, przy którym i przez którego dostałam takiej gęstej furii, że pamiętam z tego tylko szkarłatną mgłę przed oczami i ciśnięcie o ścianę zabytkowym bagnetem z taką siłą, że zgięło się ostrze.
Z taką właśnie furią zadzwoniłam do Kaśki zaraz po komorniczych wieściach. Był wówczas ze mną mój przyjaciel i po latach przyznał mi – kawał faceta, który w niejednej bójce łamał nosy – że był to moment, w którym się mnie przestraszył.
Jaka szkoda, że to była tylko rozmowa – a raczej mój ryk – przez telefon…
Kontakt między mną a złodziejką od tego czasu mocno się ograniczył. Byłam zainteresowana wyłącznie tym, czy i ile spłaciła w moim imieniu JEJ zobowiązań. Ponieważ kwiaciarnia już dawno padła, a blondyna żerowała wyłącznie na jakichś pracach dorywczych i sępieniu z kieszeni swojego partnera (oraz jego rodziny), spłaty te – nie ukrywajmy – były skąpe, wymuszone i nieczęste.
Wtedy po raz ostatni, mając jeszcze zdolność kredytową, pożyczyłam większą kwotę z banku, którą spłaciłam mniej więcej 3/4 zaległości wobec parabanku i osób prywatnych. Kaśka oczywiście, jak zwykle, lała krokodyle łzy wdzięczności i przysięgała na wszystko, co tylko jej ślina przyniosła na język, że będzie, oczywiście, na pewno, spłacała te raty. Ale ponieważ babsko kłamie na wdechu, wydechu, przez sen, po pijaku i na trzeźwo – skończyło się na paru wpłatach i zaczęło poprzestawać na obietnicach – najpierw mglistych i jęczących, a później coraz bardziej hardych i na odczepnego.
Jako bowiem pasożyt, który samodzielnie nie chce, nie umie i nie potrafi żyć, znalazła sobie kolejnego żywiciela. Nota bene, w sposób, który też pięknie i klasycznie wpisuje się w wizerunek złodziejki.
Zakręciła się bowiem prędko i skutecznie wokół faceta, z którym moja wirtualna znajomość ledwo co przeniosła się do realnego świata. Nie wiem, czy coś by z tego wyszło, bo nie zdążyło – Kaśka położyła łapkę na gościu. Wymyśliła kolejną bajeczkę o rzekomym nawrocie choroby i dała nogę do nowego kochasia, zostawiając narzeczonego w Zielonej Górze, przeświadczonego, że schorowana, biedna ukochana wyjechała do szpitala w Poznaniu i jest taka-oh-cierpiąca-i-w-złym-stanie, że nie może przyjmować wizyt. Na łonie nowej miłości, która ochoczo finansowała cwaną Kaśkę, szybko dziewczyna zhardziała i obietnice ewentualnych spłat przestały mieć już jakiekolwiek znaczenie. Gdy któregoś dnia dostałam „radosną” wiadomość „jestem w ciąży!”, wiedziałam jedno, za to z całkowitą jasnością: grosza od niej nie zobaczę, już nigdy. I tu mnie prekognicja, niestety, nie zawiodła. Od momentu urodzenia dziecka na każde pytanie o kolejną spłatę raty dostawałam tylko chamskie i lakoniczne odpowiedzi w stylu „nie mam dla ciebie czasu, mały mi płacze”.
Wreszcie obudziłam się – po latach złudzeń i niebotycznej głupoty – z płonnych i durnych nadziei, że ta złodziejka spłaci mi kiedykolwiek jakiekolwiek pieniądze.
Bo tym, co trzymało mnie tak długo w ryzach potulności, był irracjonalny, absurdalny strach – strach przed tym, że jak puszczą mi wreszcie nerwy i wywalę tej babie expresis verbis wszystko, co mam na sercu, całe to poczucie obrzydzenia na myśl o znajomości z nią, złość na nią, gniew, że dałam się tak podle zmanipulować – to Kaśka się obrazi i nie spłaci mi tego, co jest winna. I wreszcie, po latach, a niestety o wiele za późno, stanęłam z tym głupim strachem twarzą w twarz, krzycząc sama do siebie „idiotko, ona ci i tak grosza nie spłaca, nigdy nie spłaci i nigdy nie miała takiego zamiaru, więc czego ty się do cholery boisz??? że na ciebie tupnie czy nakrzyczy? niech spróbuje…”
I ułożyła mi się cała, kawałek po kawałku, wstrętna układanka. Puzzle z gówna, jakim było przez lata pranie mojego głupiego łba zapewnieniami o przyjaźni, o rzekomych niezależnych od niej problemach, które były przyczyną i moich; domino fałszu i ściemy, budowane przez cwaną prostaczkę, która mimo, że jest prymitywem i chamką, to jednak zna jedną ważną zasadę oszustów i złodziei: mianowicie, jeśli „zbombardujesz” swoją ofiarę rzekomą miłością, przyjaźnią i wypierzesz jej mózg w sposób zaiste sekciarski, to sama sobie wytłumaczy każdy złodziejski numer, każdą nielojalność, każdą wtopę. Wystarczy tylko dziergać tę pajęczynę i pilnować, by ofiara czuła się „zaopiekowana”, doceniona; wystarczy niektóre drobniejsze długi pozwracać na czas i powyświadczać nieco przysług w taki sposób, żeby wywołać później poczucie wdzięczności, bo przecież „ona mi pomagała”; wystarczy sprawić, by ofiara  miała poczucie, że jest dla oszusta ważna jak powietrze. A to powietrze można zepsuć solidnym pierdnięciem w chwili, gdy do złodzieja dotrze, że jego żywiciel albo już nie ma kasy, albo nie chce już dawać. I dokładnie to zrobiła „moja przyjaciółka Kaśka”. Na zakończenie „przyjaźni” dostałam od niej mail tak pełen łajna, że doprawdy powinnam go była przeczytać w ubikacji. Napisała go w odpowiedzi na moją wiadomość, w której odcinałam się od znajomości z nią i wzywałam do konkretów na temat spłat jej zobowiązań wobec mnie.
Wszystko, co się dało, a co rzekomo było elementami naszej „przyjaźni”, wyszydziła we właściwy sobie prostacki sposób, wytrzepała przed obcymi ludźmi sprawy i tajemnice, które jej powierzałam w zaufaniu, wydrwiła wszystkie moje problemy i tragedie, z których jej się przez lata zwierzałam. Z tego żałosnego w gruncie rzeczy skrzeku nienawiści wyjrzała prawdziwa morda pazernej chamki i cwaniaczki, która nie posiada się z wściekłości, że usłyszała o sobie kilka słów prawdy i że skończyła się dla niej kasa w mojej kieszeni. Gdzieś między wierszami wyrwała jej się także skarga na to, że z biegiem czasu pojawili się koło mnie ludzie, którzy otworzyli mi oczy na jej prawdziwą naturę – tego również nie była w stanie ani zdzierżyć, ani stolerować, jak klasyczna sekciara: że koło ofiary może zjawić się ktoś, kto pozwoli jej zatrzymać się w pędzie do samozagłady i położyć kres dojeniu forsy.
Zbierając się powoli do końca tego słowotoku, podsumuję gorzko samą siebie: tak, byłam kompletną i do pewnego momentu niereformowalną idiotką, tak naiwną i głupią, że pewnie sama się prosiłam o takiego pasożyta. Żeby mając lat trzydzieści parę zaufać jakiejś obcej babie i brać na siebie kupę kasy, bez żadnego pisemnego zobowiązania ze strony oszustki, trzeba być ciężkim i solidnym debilem. Żeby wierzyć w na poły łzawe, na poły oburzone jęki „nie ufasz mi? a ja cię kocham jak siostrę!! czy ty myślisz, że mogłabym cię oszukać? jak chcesz, to ja ci takie zobowiązanie napiszę, ale wbijasz mi nóż w serce…” – i inne tego typu androny. A tak, należało powiedzieć, nie ufam ogólnie ludziom, zwłaszcza w kwestii sporych pieniędzy, i takie zobowiązanie mi napiszesz tu i teraz, i podpiszesz ręką, i nogą, i dupą nawet, żeby DNA zostało.
A zacznijmy od tego, że w ogóle nie powinnam była łasicowatej blondyneczce pożyczać ani złamanej złotówki.
Bo za nią i przez nią do dziś ciągnie się za mną finansowy smród. Z własnej głupoty, owszem, ale przez – od samego początku – złą, wyrachowaną wolę człowieka naprawdę i do cna podłego, i na wskroś nieucziwego pełzam tam, gdzie powinnam biegać. Trzęsę się o swoją przyszłość, o utrzymanie, gdy zdrowie nie pozwoli mi już na pracę zawodową, bo środki, jakie powinnam przeznaczać na zabezpieczenie tej przyszłości, ładuję w spłatę długów po złodziejce Kaśce.
Ale jeśli się ktoś spodziewa, że na koniec ulżę żołądkowi i do kompletu tego werbalnego pawia dorzucę womit w postaci złorzeczeń wobec niej – może się rozczarować. Albo i ucieszyć, że jednak nie. 
Bo mimo problemów z utrzymaniem, ciągłego szarpania się na sinusoidzie „lepiej-gorzej” – moja radość z faktu, że nigdy więcej jej nie spotkam, nie usłyszę, nie zetknę z jej odrażającym charakterem, nie ubrudzi mnie już jej obecność w towarzystwie, nie będę się wstydziła za jej zachowanie w kręgu moich znajomych – jest przeogromna i szczera. Jest to niedająca się opisać ulga, że wyrwałam się już z bagna jej obecności.
A pieniądze? O tak, bolą i drażnią, trafiając do komornika. Ale traci to na znaczeniu wobec świadomości, że nie mam już styczności ze złodziejką.
Wolność od naprawdę złych ludzi, takich jak ona, jest cenniejsza od jakichkolwiek pieniędzy.
Mówi się, że w życiu zbieramy to, co zasialiśmy. Mimo natury gwałtownej, impulsywnej i cholerycznej, od pewnego czasu – dzięki mądrym podpowiedziom z różnych stron i trochę dzięki własnym przemyśleniom – wyeliminowałam z siebie chęć odgrażania się, pragnienie zemsty czy emitowanie nienawistnych życzeń. Chcę tylko, żeby syf, jaki rozsiewają wokół siebie takie osoby jak Kaśka, nigdy więcej nie zaistniał w moim życiu. Wytłukłam też w sobie pragnienie, by kiedyś móc zobaczyć, jak samo życie odpłaca złodziejce z nawiązką, w myśl teorii, że to, co dajesz, wraca do ciebie.
Nie interesuje mnie ani zapłata, jaką dostanie za to, co zrobiła, ani nic, co jest z nią związane.
Mogę tylko jej współczuć – to nie ja co dzień patrzę w lustrze na złodziejkę, oszustkę i fałszywego, podłego człowieka.
Za to co dzień buduję swoje życie na świadomości, że jestem od takich złych energii, zachowań i czynów wolna.
To naprawdę dość pokrzepiające uczucie.

Read Full Post »