Feeds:
Wpisy
Komentarze

trust no one

Świry, czubki i dziwadła, jakkolwiek przykre w swoich zachowaniach, niemiłe w towarzystwie i męczące ogólnie, mają o tyle wytłumaczenia po swojej stronie, że najczęściej nie do końca mają świadomość swojej upierdliwości. Można oczywiście stopniować ich uciążliwość, tyle, że jest to zajęcie równie sensowne, co kopanie się po dupie z jeżozwierzem, jako że wariat na ogół ściągnie cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem. I zostajemy w kątku, kiwając się nad nocnikiem i zastanawiając, po której stronie lustra jesteśmy.

Ale czasem spotykamy na swojej drodze naprawdę złe osoby. I w zasadzie nie powinno się o nich pisać historii, tylko spuścić na nich (po spuszczeniu ich w kiblu towarzyskiego nieistnienia) zasłonę wymownego milczenia.
Kusi jednak, by najpierw zafundować im kopa w twarz.
Solidnego.
Z półobrotu.
Podkutym butem.
Z gwoździami.
Nasmarowanymi solidnym ładunkiem tężca.
A potem.. a potem to się zobaczy.

Z człowiekiem złym osobiście i na dłużej zetknęłam się tylko raz, na szczęście. Na nieszczęście, ta osoba zdołała w tym czasie wejść na tyle głęboko w moje życie, by w nim narobić właściwego sobie gnoju.
A zaczęło się bardzo niewinnie.
Od szukania pracy….

W 2007 roku wyjechałam do Zielonej Góry. Miasto urzekło mnie od razu, a poznawani nowi ludzie dokładali się do tej miłej atmosfery. Z wielką radością przyjęłam więc wiadomość, że w jednej z kwiaciarni „taka miła blondynka” chętnie przyjmie kogoś do pomocy – taką wieść przyniosła mi pewnego dnia z miasta znajoma.
Na miejscu wszystko się zgadzało – miła, pulchna blondynka, kwiaciarnia pełna znajomych zapachów i plany na zupełnie przyjemną współpracę.
Gdybym wówczas była w stanie przewidzieć, że sympatyczna blondynka Kaśka to wściekła sucz rodem z najgorszych koszmarów naiwniaka, nie postawiłabym nogi w tym
miejscu. Ale cóż, w tym przypadku prekognicja nie była moją mocną stroną, powiedzmy to sobie szczerze.

Współpraca potoczyła się całkiem miło. Dość prędko znalazłyśmy wspólne tematy (do pewnego stopnia), dobrze dogadywałyśmy się w kwestiach zawodowych, a do tego widać było, że Kaśka wyraźnie ma ochotę przenieść znajomość także poza sferę pracy.
W rozmowach zaczęły się pojawiać tematy poważniejsze i tak dowiedziałam się, że kwiaciareczka jest w, kolokwialnie mówiąc, smętnej dupie, bo wyrolowała ją finansowo wspólniczka – zostawiła z niezapłaconymi rachunkami na karku i biedna Kaśka musi je teraz spłacać. Na szczęście odkąd ma mnie do pomocy, czuje, że sprawy ułożą się pomyślnie i że będzie pracy i profitów, że hoho!
No trzeba przyznać, w świetle późniejszych wydarzeń, że do pewnego stopnia tak było…

Luty roztopił się w marcowym słońcu, wiosna zaczęła skłaniać ku latu, a ja w międzyczasie otworzyłam swoją własną działalność i dzieliłam swój czas między kwiaciarnię i swój biznes. Pieniędzy z florystycznego biznesu nie było za wiele – pochłaniały je długi Kaśki, czynsz za wynajmowany pod kwiaciarnię lokal, ale przecież już za moment miałyśmy rozwinąć skrzydła!
Pierwsze piórka z tych skrzydeł opadły pewnego dnia, gdy Kaśka poprosiła mnie, żebym wzięła dla niej pożyczkę. Na czynsz za lokal. Bo ona nie może… wspólniczka zostawiła ją z długami i ona nie ma możliwości pożyczenia z banku pieniędzy… Ale oczywiście ona wszystko spłaci – co do grosza. I to przecież tylko raz.. I ona nie ma wyjścia, nie ma kogo poprosić, a ze mną tak dobrze jej się pracuje…
I polały się łzy srebrzyste z kaśkowego oka.

Dwie.
Wystarczyły te dwie mimo wszystko. Wzięłam pożyczkę z parabanku, podpisałam papiery, dostałam kasę, przekazałam Kaśce, ta popędziła zapłacić czynsz za kwiaciarnię i była ah! jaka szczęśliwa! I jak bardzo wdzięczna! I jak ja ci się zdołam odwdzięczyć! I w ogóle.

Czas płynął, raty także. Przy wpłacaniu którejś z kolei w oddziale parabanku okazało się, że w „nagrodę” za regularne wpłaty mogę wziąć kartę z limitem 1500 zł. Weź, poradziła mi Kaśka. Przecież potrzebujesz kasy na wyjazd do domu, na zakup towaru do firmy, warto mieć takie zaplecze.
Wzięłam.
I dwa dni później oddałam całą sumę zapłakanej Kaśce. Bo ona nie ma na czynsz… Bo właściciel podniósł kwotę, a ona ma kolejne raty do zapłaty za tę wspólniczkę, co to ją oszukała…
Jak ona płakała, mój boże… Jakie miała ciężkie życie. Przyjaciółka tak ją podle wyrolowała… Nie posiadałam się z oburzenia, że można do tego stopnia wykorzystać czyjeś zaufanie i – tak zwyczajnie, po prostu okraść. Jakim trzeba być „człowiekiem”?!?…

Czas, jak to miał w zwyczaju, popłynął sobie dalej. Minęły tygodnie, miesiące, zajrzała do nas zima, zrobiło się chłodno.. a zwłaszcza mnie zrobiło się wyjątkowo chłodno, gdy któregoś wieczoru odebrałam telefon od mojej Mamy – zapłakanej, zdenerwowanej do granic. Przeczytała mi list (przyszedł na mój adres bydgoski) z działu windykacji „mojego” parabanku. W związku z zaległościami w wysokości x-rat sprawa zostaje skierowana do postępowania egzekucyjnego…. plus cały ten bełkot pseudoprawny, jaki zwykle w takich pismach widnieje.
Mój szok był niemal tak samo wielki, jak wiara, że to jedynie pomyłka. Przecież miałam od Kaśki potwierdzenia przelewów, drukowała je i skrzętnie mi przynosiła..
Pamiętam do dziś, jak w ciemności zimowego popołudnia siedziałam z nią na miejskim skwerze i trzęsąc się jak osika, pytałam, o co chodzi z tą pomyłką. I pamiętam, jak serce pełzło mi do gardła i pęczniało tam, dławiąc oddech, gdy Kaśka, moja przyjaciółka w potrzebie, płakała jak bóbr – co tam jeden gryzoń, jak całe
bobrowe żeremie! – przepraszając mnie za  sfałszowanie potwierdzeń przelewów… Bo ona nie miała na spłaty, a tak się bała, że przestanę się z nią przyjaźnić…
Dlaczego wówczas nie wstałam, nie wyrżnęłam jej głową o krawędź ławki i nie wyrwałam jej tego kłamliwego ozora z pyska, do dziś, przez tyle lat, nie umiem pojąć.
Dlaczego natychmiast nie zakończyłam tej „przyjaźni”… bo pytanie, dlaczego w ogóle zaufałam obcej w gruncie rzeczy babie w tak ważnej kwestii, jak finanse, w pewnym sensie ma odpowiedź.
Bo jestem naiwna z domu. Bo wyrosłam w środowisku, gdzie pewnych rzeczy się po prostu nie robiło – jeśli ktoś zdradzał zapędy w takie rejony, to był z tego środowiska natychmiast rugowany i okrywał się w nim hańbą. Moi przyjaciele nie robili takich rzeczy, zwyczajnie i po prostu! I mnie samej w życiu nie przeszłoby przez myśl, żeby komuś taki numer odstawić… 
I z jakichś przyczyn, które wciąż są dla mnie zagadką, zamiast skuć tej złodziejce dziób, wysłuchałam jej kolejnej rzewnej historii, wyszlochanych obietnic „ja ci przysięgam na życie mojego syna” i innych takich dyrdymałów.
Gdybym mogła cofnąć czas… nie postawiłabym nogi w jej kwiaciarni, ominęła tę oszustkę jak najszerszym łukiem i najprawdopodobniej dziś nie martwiłabym się i nie skręcała w chińskie u, kombinując, jak jednocześnie zapchać łapę komornikowi i mieć jeszcze środki na własne utrzymanie….
Nasza „przyjaźń” po tych rewelacjach nieco się ochłodziła, ale Kaśce trzeba przyznać, że jak dorwie się do jakiejś naiwnej ofiary, to staje na rzęsach w kącie, żeby załagodzić problemy, przynajmniej dopóki ma nadzieję na wyrwanie jeszcze stówki, jeszcze tysiączka..
Tak też było i w tym przypadku. Mdląca, nieustanna jej obecność w moim życiu rozrastała się jak chwast. Chwast z jednej strony zachęcał do wspólnych wyjść, imprez, wypadów, spotkań, ale też umiejętnie podsycał historyjkę o swoich rzekomych tragediach życiowych. Oto rzekomo zaszła w ciążę i rzekomo urodziła dziecko, które zmarło zaraz po urodzeniu (tyle że brzuch Chwastowi jakoś dziwnie mało się odznaczał w czasie ciąży, wręcz można rzec, że wcale, ale to podobno dlatego, że dziecko było małe,
„takie wiesz, niemal niewidoczne”…); oto rzekomo od lat zmaga się nieszczęsna z nowotworem, nie wiadomo, jak długo pożyje, a tu, o pod szczęką, ma oto kolejnego guza… I co ona by beze mnie zrobiła? Bez swojego powietrza?…
Powietrze, przyznam bez ogródek, było wyjątkowo głupie naonczas i niereformowalne, bo wierzyło jak sztandarowy półgłówek w bajania „przyjaciółki”. I nawet się martwiło, że Mama i inne bliskie mi Osoby wielokrotnie odradzały mi kontynuowanie tej „przyjaźni” – czując od pierwszego rzutu oka na tę osobę, jakie są jej prawdziwe intencje. A ja… zagłuszając wyjące mi gdzieś głęboko w podświadomości syreny alarmowe brnęłam w tę znajomość jak w coraz głębsze bagno.
Powoli, zbyt wolno
jednak, poczucie niesmaku i chęć uwolnienia się z tego układu zaczynały się przedzierać przez mój durny umysł.
Nadeszła kolejna wiosna i przeniosłam firmę do większego lokalu, a co za tym idzie – wzrosły moje wydatki na czynsz. To był jeszcze czas, gdy posiadałam jako taką zdolność kredytową i udało mi się pozyskać pewne fundusze z mojego banku. I ponownie posłużę się wytartym zdaniem – nigdy nie zapomnę, jak z wyjętymi z bankomatu świeżo „pożyczonymi” pieniędzmi wracałam do firmy, by spotkać się z właścicielką lokalu i zapłacić odstępne. Kaśka szła ze mną. Głód w jej oczach na widok pliku banknotów był tak wyraźny, że powinnam sobie była nakopać do tyłka za ślepotę… Zatrzymała mnie przecznicę przed firmą i zapytała wprost, zupełnie bezczelnie, czy nie mogłabym właścicielce mojego lokalu dzisiaj nie płacić, tylko dać jej, Kaśce, te pieniądze, bo ona MUSI do jutra spłacić jakąś ultrapilną (jak zwykle) pożyczkę, ale zaraz jak ją spłaci, to zaciągnie ponownie, odda mi, a ja zapłacę za lokal, i….
I dalej nie słuchałam. Odmówiłam po raz pierwszy i wtedy łasicowata, nieładna twarzyczka wyjrzała na chwilę spod maski „biednej blondyneczki”. Na moje nieszczęście, obie miałyśmy w
tamtym czasie styczność z pożyczkami pozabankowymi, od prywatnych osób. Ona – jak zwykle przelewająca z próżnego w puste, kombinująca za plecami swojego ówczesnego partnera (miała dostęp do jego konta bankowego i szczerze i gorąco żałuję nie tylko tego, że sama w porę nie zwiałam spod jej złodziejskiego wpływu, ale też tego, że nie ostrzegłam jej narzeczonego). Ja dałam się namówić na wejście w tego typu układy za jej, a jakże by inaczej, namową – „bo będziesz miała w razie wu szybkie środki na zakup towaru do firmy”… I kolejny raz spadłam na mordę z wysokości swojego głupiego zaufania i naiwności, gdy okazało się, że złodziejka za moimi plecami, korzystając z moich danych, pozaciągała tego typu pożyczki dla siebie.
I ohkurwagonpełen, do dziś nie umiem pojąć, dlaczego teraz nie siedzę za zabójstwo z zimną krwią, bo przecież kiedy to się wydało, myślałam, że ją zatłukę!… I na myślach się skończyło. Po kolejnych obietnicach i początkowych spłatach z jej strony..
A potem nadeszła jesień 2009 roku i po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się, że mam na karku komornika. Dla ścisłości – dwóch. I to tak na początek.
To były pożyczki „mojej złodziejki”. Jak zwykle, wszystkie na moje nazwisko. Poczucia wstydu, że na tym nazwisku, które noszę po Ojcu, widnieje wyrok komorniczy i błoto opinii „nieuczciwy dłużnik”, nie da się spłacić żadnymi pieniędzmi.
Nieczęsto wpadam w taki naprawdę solidny szał. Był tego niegdyś świadkiem pewien swego czasu ważny dla mnie człowiek, przy którym i przez którego dostałam takiej gęstej furii, że pamiętam z tego tylko szkarłatną mgłę przed oczami i ciśnięcie o ścianę zabytkowym bagnetem z taką siłą, że zgięło się ostrze.
Z taką właśnie furią zadzwoniłam do Kaśki zaraz po komorniczych wieściach. Był wówczas ze mną mój przyjaciel i po latach przyznał mi – kawał faceta, który w niejednej bójce łamał nosy – że był to moment, w którym się mnie przestraszył.
Jaka szkoda, że to była tylko rozmowa – a raczej mój ryk – przez telefon…
Kontakt między mną a złodziejką od tego czasu mocno się ograniczył. Byłam zainteresowana wyłącznie tym, czy i ile spłaciła w moim imieniu JEJ zobowiązań. Ponieważ kwiaciarnia już dawno padła, a blondyna żerowała wyłącznie na jakichś pracach dorywczych i sępieniu z kieszeni swojego partnera (oraz jego rodziny), spłaty te – nie ukrywajmy – były skąpe, wymuszone i nieczęste.
Wtedy po raz ostatni, mając jeszcze zdolność kredytową, pożyczyłam większą kwotę z banku, którą spłaciłam mniej więcej 3/4 zaległości wobec parabanku i osób prywatnych. Kaśka oczywiście, jak zwykle, lała krokodyle łzy wdzięczności i przysięgała na wszystko, co tylko jej ślina przyniosła na język, że będzie, oczywiście, na pewno, spłacała te raty. Ale ponieważ babsko kłamie na wdechu, wydechu, przez sen, po pijaku i na trzeźwo – skończyło się na paru wpłatach i zaczęło poprzestawać na obietnicach – najpierw mglistych i jęczących, a później coraz bardziej hardych i na odczepnego.
Jako bowiem pasożyt, który samodzielnie nie chce, nie umie i nie potrafi żyć, znalazła sobie kolejnego żywiciela. Nota bene, w sposób, który też pięknie i klasycznie wpisuje się w wizerunek złodziejki.
Zakręciła się bowiem prędko i skutecznie wokół faceta, z którym moja wirtualna znajomość ledwo co przeniosła się do realnego świata. Nie wiem, czy coś by z tego wyszło, bo nie zdążyło – Kaśka położyła łapkę na gościu. Wymyśliła kolejną bajeczkę o rzekomym nawrocie choroby i dała nogę do nowego kochasia, zostawiając narzeczonego w Zielonej Górze, przeświadczonego, że schorowana, biedna ukochana wyjechała do szpitala w Poznaniu i jest taka-oh-cierpiąca-i-w-złym-stanie, że nie może przyjmować wizyt. Na łonie nowej miłości, która ochoczo finansowała cwaną Kaśkę, szybko dziewczyna zhardziała i obietnice ewentualnych spłat przestały mieć już jakiekolwiek znaczenie. Gdy któregoś dnia dostałam „radosną” wiadomość „jestem w ciąży!”, wiedziałam jedno, za to z całkowitą jasnością: grosza od niej nie zobaczę, już nigdy. I tu mnie prekognicja, niestety, nie zawiodła. Od momentu urodzenia dziecka na każde pytanie o kolejną spłatę raty dostawałam tylko chamskie i lakoniczne odpowiedzi w stylu „nie mam dla ciebie czasu, mały mi płacze”.
Wreszcie obudziłam się – po latach złudzeń i niebotycznej głupoty – z płonnych i durnych nadziei, że ta złodziejka spłaci mi kiedykolwiek jakiekolwiek pieniądze.
Bo tym, co trzymało mnie tak długo w ryzach potulności, był irracjonalny, absurdalny strach – strach przed tym, że jak puszczą mi wreszcie nerwy i wywalę tej babie expresis verbis wszystko, co mam na sercu, całe to poczucie obrzydzenia na myśl o znajomości z nią, złość na nią, gniew, że dałam się tak podle zmanipulować – to Kaśka się obrazi i nie spłaci mi tego, co jest winna. I wreszcie, po latach, a niestety o wiele za późno, stanęłam z tym głupim strachem twarzą w twarz, krzycząc sama do siebie „idiotko, ona ci i tak grosza nie spłaca, nigdy nie spłaci i nigdy nie miała takiego zamiaru, więc czego ty się do cholery boisz??? że na ciebie tupnie czy nakrzyczy? niech spróbuje…”
I ułożyła mi się cała, kawałek po kawałku, wstrętna układanka. Puzzle z gówna, jakim było przez lata pranie mojego głupiego łba zapewnieniami o przyjaźni, o rzekomych niezależnych od niej problemach, które były przyczyną i moich; domino fałszu i ściemy, budowane przez cwaną prostaczkę, która mimo, że jest prymitywem i chamką, to jednak zna jedną ważną zasadę oszustów i złodziei: mianowicie, jeśli „zbombardujesz” swoją ofiarę rzekomą miłością, przyjaźnią i wypierzesz jej mózg w sposób zaiste sekciarski, to sama sobie wytłumaczy każdy złodziejski numer, każdą nielojalność, każdą wtopę. Wystarczy tylko dziergać tę pajęczynę i pilnować, by ofiara czuła się „zaopiekowana”, doceniona; wystarczy niektóre drobniejsze długi pozwracać na czas i powyświadczać nieco przysług w taki sposób, żeby wywołać później poczucie wdzięczności, bo przecież „ona mi pomagała”; wystarczy sprawić, by ofiara  miała poczucie, że jest dla oszusta ważna jak powietrze. A to powietrze można zepsuć solidnym pierdnięciem w chwili, gdy do złodzieja dotrze, że jego żywiciel albo już nie ma kasy, albo nie chce już dawać. I dokładnie to zrobiła „moja przyjaciółka Kaśka”. Na zakończenie „przyjaźni” dostałam od niej mail tak pełen łajna, że doprawdy powinnam go była przeczytać w ubikacji. Napisała go w odpowiedzi na moją wiadomość, w której odcinałam się od znajomości z nią i wzywałam do konkretów na temat spłat jej zobowiązań wobec mnie.
Wszystko, co się dało, a co rzekomo było elementami naszej „przyjaźni”, wyszydziła we właściwy sobie prostacki sposób, wytrzepała przed obcymi ludźmi sprawy i tajemnice, które jej powierzałam w zaufaniu, wydrwiła wszystkie moje problemy i tragedie, z których jej się przez lata zwierzałam. Z tego żałosnego w gruncie rzeczy skrzeku nienawiści wyjrzała prawdziwa morda pazernej chamki i cwaniaczki, która nie posiada się z wściekłości, że usłyszała o sobie kilka słów prawdy i że skończyła się dla niej kasa w mojej kieszeni. Gdzieś między wierszami wyrwała jej się także skarga na to, że z biegiem czasu pojawili się koło mnie ludzie, którzy otworzyli mi oczy na jej prawdziwą naturę – tego również nie była w stanie ani zdzierżyć, ani stolerować, jak klasyczna sekciara: że koło ofiary może zjawić się ktoś, kto pozwoli jej zatrzymać się w pędzie do samozagłady i położyć kres dojeniu forsy.
Zbierając się powoli do końca tego słowotoku, podsumuję gorzko samą siebie: tak, byłam kompletną i do pewnego momentu niereformowalną idiotką, tak naiwną i głupią, że pewnie sama się prosiłam o takiego pasożyta. Żeby mając lat trzydzieści parę zaufać jakiejś obcej babie i brać na siebie kupę kasy, bez żadnego pisemnego zobowiązania ze strony oszustki, trzeba być ciężkim i solidnym debilem. Żeby wierzyć w na poły łzawe, na poły oburzone jęki „nie ufasz mi? a ja cię kocham jak siostrę!! czy ty myślisz, że mogłabym cię oszukać? jak chcesz, to ja ci takie zobowiązanie napiszę, ale wbijasz mi nóż w serce…” – i inne tego typu androny. A tak, należało powiedzieć, nie ufam ogólnie ludziom, zwłaszcza w kwestii sporych pieniędzy, i takie zobowiązanie mi napiszesz tu i teraz, i podpiszesz ręką, i nogą, i dupą nawet, żeby DNA zostało.
A zacznijmy od tego, że w ogóle nie powinnam była łasicowatej blondyneczce pożyczać ani złamanej złotówki.
Bo za nią i przez nią do dziś ciągnie się za mną finansowy smród. Z własnej głupoty, owszem, ale przez – od samego początku – złą, wyrachowaną wolę człowieka naprawdę i do cna podłego, i na wskroś nieucziwego pełzam tam, gdzie powinnam biegać. Trzęsę się o swoją przyszłość, o utrzymanie, gdy zdrowie nie pozwoli mi już na pracę zawodową, bo środki, jakie powinnam przeznaczać na zabezpieczenie tej przyszłości, ładuję w spłatę długów po złodziejce Kaśce.
Ale jeśli się ktoś spodziewa, że na koniec ulżę żołądkowi i do kompletu tego werbalnego pawia dorzucę womit w postaci złorzeczeń wobec niej – może się rozczarować. Albo i ucieszyć, że jednak nie. 
Bo mimo problemów z utrzymaniem, ciągłego szarpania się na sinusoidzie „lepiej-gorzej” – moja radość z faktu, że nigdy więcej jej nie spotkam, nie usłyszę, nie zetknę z jej odrażającym charakterem, nie ubrudzi mnie już jej obecność w towarzystwie, nie będę się wstydziła za jej zachowanie w kręgu moich znajomych – jest przeogromna i szczera. Jest to niedająca się opisać ulga, że wyrwałam się już z bagna jej obecności.
A pieniądze? O tak, bolą i drażnią, trafiając do komornika. Ale traci to na znaczeniu wobec świadomości, że nie mam już styczności ze złodziejką.
Wolność od naprawdę złych ludzi, takich jak ona, jest cenniejsza od jakichkolwiek pieniędzy.
Mówi się, że w życiu zbieramy to, co zasialiśmy. Mimo natury gwałtownej, impulsywnej i cholerycznej, od pewnego czasu – dzięki mądrym podpowiedziom z różnych stron i trochę dzięki własnym przemyśleniom – wyeliminowałam z siebie chęć odgrażania się, pragnienie zemsty czy emitowanie nienawistnych życzeń. Chcę tylko, żeby syf, jaki rozsiewają wokół siebie takie osoby jak Kaśka, nigdy więcej nie zaistniał w moim życiu. Wytłukłam też w sobie pragnienie, by kiedyś móc zobaczyć, jak samo życie odpłaca złodziejce z nawiązką, w myśl teorii, że to, co dajesz, wraca do ciebie.
Nie interesuje mnie ani zapłata, jaką dostanie za to, co zrobiła, ani nic, co jest z nią związane.
Mogę tylko jej współczuć – to nie ja co dzień patrzę w lustrze na złodziejkę, oszustkę i fałszywego, podłego człowieka.
Za to co dzień buduję swoje życie na świadomości, że jestem od takich złych energii, zachowań i czynów wolna.
To naprawdę dość pokrzepiające uczucie.

już cztery lata

Może tak jest
że patrzysz z wysoka
na cuda Ziemi, na dach Wszechświata,
może to wszystko w jednej sekundzie
widzisz i czujesz, sobą ogarniasz..

Może tak jest,
że patrzysz na rzeczy,
dla których zmysłów ja jeszcze nie mam,
i może tańczysz w takt rytmu Duszy,
której mi braknie
bardziej niż chleba….

Może tak jest,
że gdzieś stamtąd, z dala
widzisz najcichsze łzy i wspomnienia,
których okruchy cenne jak oddech
w sercu i w myślach chronię i zbieram…

Może tak jest,
że gdzieś koło mnie,
za cienką linią tętniącą życiem
stoisz i patrzysz na to, co robię,
tylko twej dłoni już nie uchwycę…

Może uśmiechasz się widząc rzeczy,
które wciąż z myślą o Tobie tworzę..
Może gdy zasnę naprawdę mocno,
to kiedyś wreszcie przestanie boleć?….

memories of the light2

http://www.youtube.com/watch?v=eJSB6FqUpv8

http://www.youtube.com/watch?v=QKyUIc28Mc8

Czasy mamy ponure (i wędrowcom nierade), wszędzie spiski i knucie, czyszczenie sumień i poglądów, podstępy zjada się na śniadanie, a popija koktajlem z afer, więc w tej kipiącej intrygami atmosferze wykiełkowało mi wspomnienie paru zdarzeń sprzed lat. 
Moja przygoda ze świrami w zasadzie zaczęła się zupełnie niewinnie.
Od oświadczyn mianowicie.

Po circa about 8 latach związku, w toku dyskusji wiodących już wtedy w głęboką p….zdę, pardon my french, i czemu ja się wcześniej nie połapałam, że w ową ta relacja zmierza, no co za niefart – ale do rzeczy: po latach związku określanego jako „udany” wylazł nam w toku tychże dyskusji temat „no to kiedy ten ślub i w ogóle co dalej?”.  I tak oto pewnego upalnego lipcowego dnia wraz z Jeszcze_wtedy_nie_exem wędrowaliśmy po sklepach jubilerskich w poszukiwaniu przedmiotu pożądania panien, zwanego pierścionkiem zaręczynowym. 
Żeby nie przedłużać – ostatecznie na właściwy i piękny wielce trafiliśmy w salonie o ptasiej nazwie, zakupu dokonano, przedmiot pożądania panien został zapakowany w śliczne dupełeczko z kokardką i wyszliśmy ze sklepu w słoneczny kurz lipcowego popołudnia.
Do dziś pamiętam – akurat z hurgotem przewalił się przed nami tramwaj, łomocząc na szynach, a w bramie obok, jakieś dwa metry ode mnie, malowniczo uświniony konsument niedrogich trunków oczyścił nozdrza rozgłośnie a soczyście, dekorując gilem własne buty i ścianę – i ten właśnie moment wybrał Jeszcze_wtedy_nie_ex na to, by zgnębionym tonem zapytać „Kiciu, czy wyjdziesz za….” – tu wpadłam mu w słowo, błagając nieledwie, by jednak może – MOŻE! – wybrał nieco inną lokalizację… okoliczności… na litość Piekieł, przecież nie chcę potem przez całe życie wspominać takiego momentu za każdym razem, gdy ktoś przy mnie wytrąbi nochal w dwa palce!!!!
Niewątpliwie, gdyby doszło do tego ostatniego słowa, byłyby to jedne z najoryginalniejszych oświadczyn ever.
Ale nie były. Z paru powodów.
Raz, że wersja oficjalna (odbyła się dzień później) była mdła i letnia jak zupa owocowa, dwa, że w paręnaście zaledwie tygodni później w życiu exa pojawiła się z impetem porównywalnym chyba tylko z owym kichnięciem menela małoletnia, ale całkiem pełnoletnio szurnięta pannica, która stała się moim pierwszym, realnym zupełnie Osobistym Świrem I Psychopatą.
Głupi przypadek sprawił, że w ogóle połapałam się w fakcie, iż mój chłop osobisty wali mnie w rogi jak w kaczy kuper. Przypadek i jednocześnie jego własna głupota, która kazała mu uprawiać lewy romans via jego skrzynka mailowa, do której posiadałam hasło – a bo to „kiciu, sprawdź mi maile; kiciu, a zobacz, co X napisał….”
Nie wdając się w szczegóły, bo sprawa jest stara, zdechła i zakopana już dawno, związek się rypnął; przedmiotem pożądania panien, zwanym pierścionkiem zaręczynowym, ex oberwał prosto w dziób zaraz po tym, jak w ten dziób oberwał ode mnie osobiście, a ja zabrałam swój połamany worek osierdziowy i oddaliłam się palpitując. 
Tej palpitacji i nerwów było nieco za wiele, co po czasie bez przymusu przyznaję, za to okoliczność łagodząca taka, że powodów miałam co niemiara.
Zamiast bowiem schować oba paskudne, kłamliwo-zdradzieckie łby w piasek nieistnienia i uprawiać swoje życie uczuciowe z dala od zrobionej w wała ex-baby, to miłe a świeże stadło zaczęło się pchać na chama wszędzie tam, gdzie można mnie było spotkać. 
Oczywiście wirtualnie, bo na spotkanie twarzą w twarz nie było tam ani grama odwagi. Za to przez net – hulaj dusza, IP zmienne, można szaleć!
No i poszalała sobie, bo to właśnie ten nowy nabytek exa rozwinął skrzydełka w roli Psychopatki z Nożem (wirtualnym). 
Znajomi moi z różnych zakątków sieci zaczęli znienacka dopytywać, czy ta panna, co pcha im się natrętnie do znajomości, to może jakaś moja krewna, czy młodsza siostra? bo wszędzie tam, gdzie cokolwiek w necie publikowałam, natychmiast zjawiała się Psychopatka i zaczynała odstawiać cyrk. Cokolwiek napisałam, było nieudolnie kopiowane, każdy wpis i każda wypowiedź natychmiast komentowane w głupi i prostacki sposób; zakładała sobie fałszywe konta na różnych odwiedzanych przeze mnie stronach i wespół w zespół z jeszcze jedną idiotką – moją dawną bliską koleżanką z liceum – siały tak żenującą głupotą i chamstwem, że zaprawdę, cytując króla Dezmoda, rozum nie jest w stanie tego ogarnąć.
To natręctwo przechodziło także w znajomości realne, lecz i tutaj spełzło na niczym, bo większość dawnych wspólnych znajomych zwyczajnie nie chciała mieć z oszołomstwem nic wspólnego.
Jednak głupie czy chamskie komentarze, snucie się jak smród po chałupie za obiektem swojej chorej fascynacji to jedno, zresztą dość często zdarza się w świecie małolatów. Ale tak naprawdę zrobiło mi się nieswojo, gdy trafiłam kiedyś w sieci na zamieszczone przez tę pannicę zdjęcie – przerobiła swój wizaż tak, by mieć identyczną (a bardzo charakterystyczną) fryzurę jak ja….
Przypomniały mi się wtedy różne chłamerykańskie filmy o psychopatkach, upodabniających się do obiektu swojej manii, i po raz pierwszy i jedyny poczułam ..no może nie lęk, ale solidny niepokój.
Żeby nie przedłużać opowieści o duecie „mam nierówno pod czaszką, ale się staram”, powiem tylko, że z biegiem miesięcy obie świruski odpuściły. Ucichło podszywanie się pod „życzliwych komentatorów”, skończyło się udawanie „pani fotograf” i „Andrzeja z Rumii”, którzy zupełnym, nieprawdaż, przypadkiem, trafili na moją stronę i zupełnym przypadkiem mają te same dane IP, co mała psychopatka; słowem, w obliczu kompletnego ignorowania przeze mnie tej ekipy czubków, wreszcie się czubkom odechciało.

 Życie, jak to życie, posiada jednakże talent do dopisywania zabawnych puent na własną rękę. I dopisało także tym razem, ale nie do końca zabawną.
Po latach, szwendając się po jakimś babskim forum, nieoczekiwanie trafiłam na wpisy Mojej Osobistej Psychopatki. Poza mądrowaniem nt tego, jak ważne w związku są szczerość, zaufanie i szacunek dla drugiej osoby, nawet, gdy uczucia już wygasną, i aha, absolutnie nie wolno się zdradzać, bo to okropne, nieprawdaż, natknęłam się na wpis, który jednocześnie zmroził mnie, ostudził wszelkie, niewygasłe jeszcze emocje i zarazem totalnie wyprał z jakichkolwiek ciepłych wspomnień o ex.
Ta sama bowiem panna, która z taką pychą i arogancją potrafiła mi napisać, że to jej świeżość, młodość i niewinność (uhahaha ^^) odciągnęły exa do niej ode mnie – starej, wrednej wiedźmy (facet był w moim wieku, ale to panience nie przeszkadzało w teoriach z koziego zadu wyjętych), żaliła się okrutnie w wątku związanym z uzależnieniami mężczyzn od porno, wywlekając najintymniejsze detale, od których momentalnie zrobiło mi się mdło i słabo.
Okazało się bowiem, że ten wspaniały i rycerski samiec, wyrwany – ba! uratowany przez niewinną panienkę ze szponów Złej Starej Wiedźmy Marty – był uzależniony od porno o podłożu pedofilskim…
Zbaraniałam. Siedziałam patrząc w ekran jak szpak we wrota stodoły, ale takie, na których przybita jest głowa staruszki i okrwawiony tasak…
Nie bardzo chcę przywoływać tamte wspomnienia, ale jednak do dziś pamiętam potworny szok i obrzydzenie podczas czytania wynurzeń tej laski, opowiadających o rodzajach zdjęć i filmów zbieranych maniakalnie przez Na_całe_szczęście_już_nie_mojego_faceta… Jakieś inscenizacje pornograficzne z udziałem misiów, lalek, lizaków…. i niedojrzałych, dziewczęcych winogron.
I to był drugi moment, gdy poczułam strach – odległy już, w zasadzie tylko echo; cień wspomnień pewnych zachowań exa stał się bardziej zrozumiały, a przez to – niewyobrażalnie obrzydliwy.
I pomyślałam sobie z dreszczem zupełnej grozy, że zamiast nienawidzić, złorzeczyć tej dziewczynie, zamiast wracać z goryczą do tamtych zdarzeń – powinnam w zasadzie jej głęboko współczuć. Bo to nie ja dzielę życie ze zboczeńcem. I nie ja potencjalnie będę miała z nim dziecko. I nie ja będę drętwiała z przerażenia, gdy facet będzie kąpał kiedyś, być może, ich córkę…
Ale nie znalazłam w sobie tego współczucia, mimo wszystko. Bo w powiedzeniu „kto sieje wiatr, zbiera burzę” jest cholernie dużo racji – i co mnie obchodzi, jaki plon zbierze ktoś, kto siał z taką złośliwością, podłością i głupotą?….

Później zaś życie podrzuciło mi jeszcze jedną, drobną puentę, tym razem nieco mniejszego kalibru. W jednym z bydgoskich klubów spotkałam na koncercie tę drugą ubogą w IQ damę, która knuła i makiaweliła (na poziomie magla ^^) wraz z Moją Osobistą Psychopatką. Strach, jaki zobaczyłam w jej oczach, kiedy stanęła ze mną twarzą w twarz, był przez moment.. fascynujący. I w jednej chwili zrekompensował mi rozgoryczenie odczuwane z powodu tego, że wieloletnia, zdawałoby się dobra znajoma, zdolna jest do takich głupich działań ręka w rękę z małą, głupią panienką, niepotrafiącą poradzić sobie z odpowiedzialnością za własne czyny.

Tchórzliwy PedoEx, Psychopatyczna Małolata, stuknięta i zgorzkniała Była Znajoma – to były pierwsze osoby, z którymi zetknięcie uświadomiło mi, że na świecie czubów jak mrówków. A potem wyjechałam do Zielonej Góry, zamieszkałam tam na kilka lat i… do kolekcji świrów dołączyłam następne okazy. 
Niestety zresztą…

I tu docieramy do Drugich Oświadczyn W Moim Życiu ;>
Wsiąkając w towarzystwo zielonogórskich znajomych, poznałam faceta, który na pierwszy, a nawet drugi rzut oka budził sympatyczne odczucia. Należał do klubu fantastyki, do którego i ja trafiłam, udzielał się w bractwie rycerskim – był łucznikiem, taką zresztą ksywkę nosił, i pod taką właśnie będzie „bohaterem” kolejnej odsłony tragifarsy „o czubach” ;>
Łucznik miał pewien feler – zakochiwał się w tempie schodzącej lawiny w niemal każdej babie, jaka pojawiała się w jego towarzystwie. Z tych związków jednakże nic nie wychodziło i rzec można, że wręcz seryjnie. Zaczynało się od szarmanckiej adoracji z kwiatami i randek w pijalniach czekolady, a kończyło na tym, że kolejne damy łuczniczego serca wiały w podskokach i dosłownie podskakiwały na dźwięk jego imienia.
Czemu tak się działo? Cóż, fakty wyłaziły jak zombie w starych filmach: powoli i z głębokich dołów: gość był jak bluszcz. 
Ale taki trujący. 
O ile zwykły człowiek-bluszcz to osoba mało szkodliwa, acz marudna, o tyle Bluszcz Trujący jest… no właśnie, trujący.
Łucznik truł powoli, ale męcząco, a z czasem niebezpiecznie. Po zabawnych dykteryjkach o sprawach zgoła niewinnych i raczej z gatunku „nie dogadali się”, zaczęły pojawiać się ponure zupełnie fakty: a to uderzył dziewczynę w twarz, a to inną poszarpał za frak i chlusnął jej w twarz piwem, bo nie chciała z nim wyjść z knajpy; inną zostawił w środku lasu i w środku nocy, i wrócił sam do domu – słowem, Łucznik jako obiekt towarzyski zaczynał się stawać persona zdecydowanie non grata.
Wedle słów mojego znajomego, byłam jedyną babą, która nie uległa nigdy jego zalotom. Nie był w moim typie, nie widziałam sensu w pogłębianiu znajomości, co zresztą od razu i uczciwie mu powiedziałam po pierwszych awansach, nigdy też nie przeszło mi bodaj przez myśl, żeby z nim flirtować „dla żartu”, bo generalnie nie umiem flirtować, a nawet gdybym umiała, to robić to wobec kogoś, kto na mnie nie działa zdaje mi się równie sensowne, co wciskanie pasty z powrotem do tubki.
Jednak mimo braku zachęty – a cholera wie, może właśnie dlatego? – Łucznik uparł się na mnie i drążył temat, nie przyjmując do wiadomości odmowy.
Były to czasy, gdy, jeśli miałam dobry dzień, byłam w stanie obedrzeć dowolnego nachała lub innego upierdliwca ozorem ze skóry z odległości dwudziestu metrów (gdy miałam gorszy – z dziesięciu;>), tak więc nie sprawiało mi większej trudności trzymanie Łucznika na dystans.
Mimo, że nigdy nie wyszłam poza koleżeńską uprzejmość wobec niego, przyszedł dzień – listopadowy, ponury – gdy do moich drzwi zastukał Łucznik w pełnej gali garnituru, krawata i trzech pąsowych róż.
Uzbrojony dodatkowo w dostojną minę , kojarzącą się odlegle z niezwykle zapracowanym chomikiem.
Obserwując ten zestaw przez wizjer, mój zmysł sarkazmu zawył jak podpalany i niestety miał słuszność.
Łucznik zainstalował się – po wręczeniu mi kwiecia, udekorowanego złotą i paralitycznie skręconą wstążką – w fotelu, pokręcił się (aż zaczęłam się zastanawiać, czy mój kocur nie porzucił tam może swojej ulubionej szyszki…), po czym poderwał i ogłosił, że oto wino przyniósł, świetnego tokaja, dawaj, Drozdowska, kieliszki!
Po czym rozczarował się pierwszy raz tego popołudnia, gdy odmówiłam poczęstunku, tłumacząc się syndromem dnia poprzedniego (z ostentacyjnym podkreśleniem „ah, bo wiesz, za dużo z tym moim M. wypiliśmy…”), i przyniosłam tylko jeden kieliszek.
Łucznik nalegał, sapał i marudził, ale nic nie wskórał i w krótkim tempie sam opróżnił butelkę, w widoczny sposób niekontent.
Tokaj i desperacja rychło dały o sobie znać. Pokraśniawszy, kolega z łukiem kaszlnął, chrząknął i zaczął w te słowa:
– Słuchaj, Drozdowska, ja cię tak obserwuję, od czasu jak przyjechałaś do Zielonej Góry, i tak sobie pomyślałem, już w sumie dość dawno – bo wiesz, zajebiście gotujesz i ładna z ciebie laska – że świetnie nadajesz się na moją żonę! – tu zawiesił głos, a oko mu błysnęło, jakby zobaczył zupełnie nową, dziewiczą tarczę strzelecką….
Patrzyłam na niego przez jakieś 10 sekund, pozwalając, by zaczął się wiercić jak na ruszcie, i spytałam spokojnie:
– A biorąc pod uwagę fakt, że dwa tygodnie temu oświadczyłeś się Kaśce, to wszyscy w rodzinie zdrowi?…

(Tu uwaga: wspomniana Kaśka to ówczesna moja znajoma – niestety zresztą: okazała się być zwyczajną złodziejką, przez którą do dziś mam bliskie i chłodne relacje z komornikiem. Swoją szosą to też materiał na historię: nie dość, że złodziejka, lecz także oszustka, udająca ciężko chorą na raka; wyłudzaczka i kłamczucha. Sypiała z Łucznikiem, w ramach odskoczni od swojego stałego związku z poczciwym, niczego nie podejrzewającym narzeczonym – ot, taka „kobieta z fantazją”. Raczej nie warta jednak opowieści, choć może kiedyś się skuszę)

Reakcja Łucznika była równie powalająca, co wyjątkowo prostacka:
– Nooooo, wiesz….. – wydukał, wyraźnie zaszokowany faktem, że wiem o tych oświadczynach – Kaśka ma raka (tak, on też w tę bajkę wierzył), nie wiadomo, jak długo pożyje, chciałem jej uprzyjemnić te ostatnie miesiące….
Gdyby to nie było tak skrajnie chamskie i żenujące, pewnie bym się zaczęła śmiać. Ale było skrajne. I kurczę, w zasadzie to się dziwię, że zamiast wywalić chama z chaty na zbity bezpysk, ze spokojem spytałam, co każe mu oświadczać się kobietom, które są w związkach – jakiż to brylant w jego charakterze jest tym wabikiem, tą nieodpartą pokusą, by rzucić w diabły aktualnego Tżta i runąć w łucznicze ramiona?

Łucznik nie wiedział, jakiż to może być brylant. Obraził się więc trochę i skwaśniała mu mina.
Kisła zaś coraz mocniej, gdy zapytałam, co w powtarzanym wielokrotnie „nie jestem tobą zainteresowana w sensie uczuciowym” każe mu sądzić, że przyjmę oświadczyny. Bo co do Kaśki, która pod bokiem swojego „oficjalnego” narzeczonego pruła się z Łucznikiem gdzie popadło, no, to jeszcze można było zrozumieć, że poczuł grunt dla swoich awansów. Ale u mnie ino kamienie i szkło tłuczone, więc po kiego te złudzenia?….
– No….. odrzekł na to Łucznik, wysuwając dolną wargę jak szufladę w biurku – no bo ja uważam, że nadajesz się na moją żonę….
No, tośmy sobie nie pogadali. Poinformowałam go oschle, że absolutnie i w żadnym aspekcie on nie nadaje się na mojego męża, c.b.d.u.
Dostał kwiaty z powrotem, zapytałam niewinnie, czy butelki po tokaju też by nie zabrał, i pooooo-szedł! tupiąc glanami po schodach, w rytmie dość pogrzebowym zresztą.
I gdybym nie mieszkała wówczas w bloku, w którym był domofon, a co za tym idzie, możliwość kontrolowania tego, kto do mnie przyjdzie lub nie, to być może, że facet nie ograniczyłby się tylko do warowania przez kilka następnych tygodni pod oknami, sprawdzając, czy jestem w domu, ale robiłby coś więcej.
Coś, co robił kolejny świr, z jakim miałam do czynienia, a co było chyba najpoważniejszym zdarzeniem z cyklu „mam na karku psychopatę”.

W pewnym momencie mojej zielonogórskiej „przygody” mieszkałam w wynajmowanym w peryferyjnej dzielnicy parterowym, wiejskim domu. Otaczał go sad i ogród, z tyłu płynął strumień, po którym przez chwiejną kładkę przechodziło się wprost do lasu – wokół cisza, spokój, ptaszkowie leśni, sąsiedzi życzliwi, słowem, sielanka.
Do czasu.
Rozpoczęłam wówczas pracę jako pilot wycieczek i zaczęły się problemy ze znalezieniem „catsittera” dla moich kotów. W tym momencie z pomocą przyszedł pewien mój znajomy – jowialny, sympatyczny pancur, były narkoman – co nie robiło na mnie wrażenia, bo w końcu każdy ma prawo do błędów, a gość deklarował, że jest czysty od wszelkich używek. Lekko zbzikowany na punkcie wege, ideologicznie pozakręcany w różne strony, ale do pewnego stopnia ciekawy rozmówca. 
Co istotne, nigdy nie chciał się zgodzić na żadne wynagrodzenie za opiekę nad zwierzakami czy jakąkolwiek inną pomoc, jaką mi okazywał, co starałam się obejść a to podrzucając mu jakieś książki czy płyty, a to piekąc jakieś ciasto czy coś w ten deseń.
Wyjeżdżając do pracy, byłam spokojna o dom i zwierzęta – facet był uczciwy, lubił sierściuchy, a biorąc pod uwagę, że parę tygodni wcześniej umarł jeden z moich kotów, gdy futrzaki zostały pod „opieką” kompletnie nieodpowiedzialnego małolata, który chwilowo pomieszkiwał pod „moim” dachem – miałam prawo do przewrażliwienia..
Jednak Marcin nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Co prawda mój przyjaciel ostrzegał mnie, bym uważała z tą znajomością, bo niewykluczone, że to wszystko jednak nie jest aż tak bezinteresowne, lecz ja byłam zdania, że nic takiego na pewno się nie zdarzy – przecież kolega wie, że jestem uczuciowo zaangażowana gdzie indziej, więc spokojnie….
…jak na wojnie.

Pierwszy dzwoneczek zadźwięczał mi, gdy gość pewnego dnia wygłosił dłuuugą przemowę o tym, jak wysoko ceni go jego mama i jak bardzo się martwi, że syn wciąż sam, bez dziewczyny….
Kiedy na to dictum nie zareagowałam w oczekiwany przez Marcina sposób, przeszedł do bardziej otwartego ataku i spytał, czy też tak uważam, jak jego mamusia, i że może byśmy?…..
Kurdęż, pomyślałam sobie, następny Łucznik?…
Wyklarowałam koledze, jak się sprawy mają, pokiwał głową, westchnął „szkoda” i spytał, kiedy mam następny wyjazd, bo on do kotów jak najbardziej przyjdzie, w ogóle nie było sprawy.
A ja się, głupia trąba, ucieszyłam….
Radocha z zaopiekowanych kotów i takiego miłego catsittera przeszła mi po powrocie z następnej trasy. Około drugiej w nocy obudził mnie miękki łomot czegoś tłukącego w szybę – zerkając przez szczeliny w żaluzjach, zobaczyłam charakterystyczną sylwetkę Marcina, z kapturem naciągniętym na głowę, czającego się za niskim żywopłotem ogródka, i rzucającego w okna sypialni jabłkami z sadu. Zrobiło mi się zimno i straszno, nie wiedziałam, czy dzwonić na policję, czy wysmyknąć się po cichu z domu i pogonić typa z jakimś drągiem – w końcu wybrałam bramkę nr trzy i znienacka otworzyłam okno, drąc się donośnie a wulgarnie i obiecując różne brzydkie rzeczy „kawalarzowi”. 
Tupot nóg, facet znika.
Zjawia się na drugi dzień – i obserwuję kątem oka, jak rzednie mu mina, gdy opowiadam z przejęciem, że miałam taką paskudną przygodę w nocy, ale zgłosiłam to na policję i obiecano mi patrole co wieczór. Wyraźnie spłoszony Marcin pożegnał się prędko i wyszedł – i przez blisko tydzień nie pojawił u mnie ani razu.
Miałam nadzieję, że oznacza to koniec głupot, ale niestety, gość się dopiero rozkręcał…
Którejś nocy, gdy nad miasto nadciągała burza i z oddali mruczały już grzmoty, dostaję sms „zdejmij te ręczniki z linek, burza idzie”. Ostrożne zerknięcie przez okna pokoju od strony sadu – i jest, cień ciemniejszy od nocy, zgarbiona postać siedząca w kącie podwórza…
Nie odpisałam, nie wyszłam na zewnątrz, faktycznie zadzwoniłam na policję i obiecano, że za moment podjedzie w te okolice patrol. Marcin zdążył wycofać się z ogrodu, zanim radiowóz minął dom. Rano znalazłam na klamce drzwi wejściowych torbę ze wszystkimi książkami i płytami, jakie ode mnie dostał..
Przez kilka następnych nocy słyszałam kroki i szmer obecności za oknami kuchni i innych pomieszczeń, ale na szczęście upierdliwość patroli policyjnych w końcu położyła temu kres.
Może z mojej strony był to błąd, że nie przyparłam kiedyś faceta do muru pytaniem wprost, dlaczego łazi pod moimi oknami… Z drugiej strony on sam twierdził, że gdy nocował u mnie podczas moich wyjazdów, słyszał, jak ktoś chodzi po podwórzu nad ranem. Reasumując, bardzo być może, że miałam dwóch nieproszonych gości: i kogoś, kto szukał okazji do włamu, i faceta z co najmniej zaczątkiem jakiejś obsesji na moim punkcie, a obie te rzeczy do dziś są jednymi z bardziej niepokojących wspomnień.

Żeby jeszcze dodać niezbyt ładny kwiatek na koniec i Łucznikowi, i wege-pancurowi – dopowiem, że po definitywnym zakończeniu znajomości obaj plotkowali w wyjątkowo obleśny sposób na mój temat. I to był jeden z pierwszych momentów, kiedy zrozumiałam, że nie można chlapać ozorem o swoich kłopotach na prawo i lewo, bo są ludzie, którzy się na tym przejadą do sławy towarzyskiej i ku własnej parszywej uciesze.

Z takich dość dziwacznych osób, jakie przewinęły się przez moje życie, mogę jeszcze wspomnieć „demona z Trzcianki” – było to w czasach, gdy prowadziłam ożywioną korespondencję z ludźmi poznanymi przez ogłoszenia towarzyskie w jednym z istniejących wówczas czasopism muzycznych. Wymieniałam listy z różnymi srogimi „metalowcami” z różnych części kraju, ale przez łeb naiwny nie przeszłoby mi podejrzenie, że jeden z nich któregoś razu zawita na progu mojego domu. A jednak! Dzwonek do drzwi, otwieram, spodziewając się wracającej z zakupów Mamy, a tam jakiś z twarzy podobny całkiem do nikogo człowiek odzywa się szczerbatą paszczęką „ceść, to ja – Demon, no wiesz, z Trzcianki”…
Ugościłam osobę kanapkami i herbatą, gorączkowo główkując, jak się typa pozbyć z chaty, i równie gorączkowo zastanawiając się, czy fakt jechania na tzw „pałę”, bez zapowiedzi, z jakiejś zadupiastej Trzcianki (wybaczcie, potencjalni czytelnicy – trzciankowiczanie!), do kogoś, kogo się nie zna i kto nie zna wizytującego, jest objawem tylko entuzjazmu, czy już jakiejś solidniejszej amby…
Demona z Trzcianki udało się spławić groźbą nachodzącej z wizytą babci, która bardzo lubi oglądać rodzinne zdjęcia, wręcz, powiadam ci, demonie z Trzcianki, godzinami może to robić. I pozostało tylko modlić się (ciekawe swoją szosą, do kogo…), żeby z wizytą nie wybrał się do mnie z kolei np. korespondencyjny znajomy z Włocławka, co listy zwykł pisać własną krwią, a kończyć je frazą „uniżony szatański sługa Argharath”.

Na tle takich indywidualności bledną doprawdy „zwyczajni” plotkarze, którzy pogonieni po won z dala ode mnie, wyplatali całe koszyczki plotek i pomówień na podstawie rzeczy, które w swoim głupim zaufaniu im powierzałam.
I mimo, że nadal w pewnym stopniu uprawiam tutaj i nie tylko tutaj swoisty ekshibicjonizm, to jednak w końcu nauczyłam się – czasem dość boleśnie – że istnieje całkiem spory procent ludzi, których należy trzymać baaardzo daleko od nas.
Najlepiej w zakładzie zamkniętym.
A jak się nie da w zakładzie – to gonić ze swojego otoczenia prądem, groźbą i wściekłymi jamnikami.

 

 

Skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

Wiatr, to wiatr je łapie, wstrząsa,

ściga tłukąc wciąż o ściany;

skrzypią blachy, drżą łańcuchy,

dźwięczny taniec odbijany…

Jak huk wielkich oceanów

w dali brzmi w momentach ciszy,

blask latarni kapie w ciemność, skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

 

Zda się – nawet światło zdmuchnął,

nocny wiatr, dachami trzęsąc,

kuląc się pod jego biczem,

szyby w oknach drżą i brzęczą…

 

Jak młot fal bijących w brzegi

w dali brzmi, chwilami ciszej,

blask latarni kapie w ciemność, skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

 

Komuś ukradł sen stubarwny

i ulicą teraz leci,

jak piłeczka kolorowa,

podskakując pośród śmieci…

 

Skrzypią szyldy.

Czy to słyszysz?

Furia trwa i wciąż narasta.

Niewidzialne palce wichru

tłuką w bruk, w ulice miasta…

Zdmuchną sen z niejednych powiek,

drugim ześlą sny z otchłani;

inni zbudzą się raptownie,

w głębi nocy całkiem sami…

 

Jak puls wielkich oceanów

z dali brzmi w momentach ciszy;

blask latarni kapie w ciemność, skrzypią szyldy.

Czy też słyszysz?…

 Bydgoszcz dawniej

(zdjęcie pochodzi ze strony „wspominaj Bydgoszcz”, zachęcam do zajrzenia, zwłaszcza jeśli się jest bydgoszczaninem tęskniącym za przeszłością.. Innym zresztą też polecam.
Kiedy na nie trafiłam, przypomniał mi się widok z moich okien w dawnym mieszkaniu na ul. Jezuickiej, na bydgoskiej Starówce – wychodziły wprost na ul. Niedźwiedzią i właśnie na taką kolekcję blaszanych, ozdobnych szyldów.. Pewnej nocy, podczas wichury, słuchałam długo ich skrzypienia i innych niesamowitych dźwięków, jakie wydawały, i wtedy przywędrował do mnie pomysł na ten tekst. To było wiele lat temu, z pierwotnego wiersza pozostały tylko fragmenty, na których zbudowałam na nowo wspomnienie tamtej nocnej wiugi…)

Naprawdę nic specjalnego. Sosnowy, z Cepelii, kupiony wraz z drewnianą ławą i dwoma rzeźbionymi krzesłami.
Przez długie lata „wystał się” w piwnicy po przeprowadzce z większego mieszkania do mniejszego – za duży na wymiary „nowej” kuchni, trafił do podziemia.
Potem jeszcze gorzej – do garażu, po kolejnej przeprowadzce. I choć mieszkanie jest jeszcze mniejsze od poprzedniego, wreszcie wrócił „na pokoje” – a wraz z nim – otworzyła się cała szuflada wspomnień….
Jest początek lat 80-tych, Rodzice dostają mieszkanie na bydgoskiej Starówce, 
vis a vis ratusza. Do pustych pomieszczeń zaczynają zajeżdżać meble i wśród nich właśnie jako jeden z pierwszych pojawia się Kuchenny Stół.
Jeszcze nie wiemy, że to właśnie będzie kiedyś prawdziwe serce tego Domu…


Tato mój żywił spore upodobanie do wystroju nieco rustykalnego, stąd dość dużo sprzętów w domu pochodziło właśnie z Cepelii. Nasza kuchnia zaś, choć jej okno wychodziło na zupełnie nieatrakcyjny zaułek wiodący na Wyspę Młyńską, nadrabiała brak pejzaży wielkością – rzeczony stół wraz z krzesłami i ławą zmieścił się tam bez problemu i jeszcze pozostała duża przestrzeń na pozostałe urządzenia i meble. Tak, kuchnia była wyjątkowo wygodna i, jak to się mawia, „ustawna”. Nasza Rodzina jadała w niej wspólnie posiłki, pozostawiając jedynie jakimś specjalnym okazjom duży pokój – tam odbywały się spotkania urodzinowe, świąteczne i podobne, aczkolwiek… do czasu.
Ale nie wyprzedzajmy faktów….

Siedzę w tej chwili przy tym samym starym stole – czy możliwe, że minęło już ponad 30 lat?!?… Na jego blacie widnieją „historyczne” szramy i ślady, które powoli odgrzebuję w pamięci: oto dwie dziury, które wykonał za pomocą gwoździ mój Tato, przybijając do ozdobnej deseczki kolejny kalendarz… „jakoś” tak się stało (samo ;>), że przeszły na wylot i do teraz widnieją w blacie. Widzę Ojca pochylonego nad stołem, z okularami nieco zsuniętymi z nosa, jak przybija gwoździki. I jak klnie łagodnie po chwili, odkrywając uszkodzenia. I jak Mama wymownie nic nie mówi, wchodząc do kuchni..
Ślady od noża, ślady od rozgrzanych nadmiernie garnków, ślady całkiem niezidentyfikowane, ale dające się podciągnąć pod kategorię „wypadków kulinarnych” – zastarzała kolekcja szram, przypominających niezliczone wspólne posiłki, drobne przekąski i późne nocne kolacje, jadane przy tym stole…
Na tej samej drewnianej ławie, która teraz trzeszczy pode mną, siedział Tato, gdyśmy rozwiązywali razem krzyżówki w „Sam na sam z sobą”, podjadając kaszankę albo jajecznicę z jednej patelni.
Przypominam sobie, jak się trochę irytował, a trochę śmiał z siebie, gdy wchodząc do kuchni mówiłam „o, pomidorka jadłeś – masz w brodzie!”…
I przypominam sobie, jak w szaleństwie szykowania świątecznych potraw Mama zaganiała Tatę do krojenia warzyw na sałatkę z majonezem (komunistyczną sałatkę, jak ją do dziś nazywam). Tato zasiadał na ławie, zaopatrzony w ostry nóż, deskę, garnek i stos ugotowanych warzyw, i rozpoczynał arcypieczołowite krajanie tych ostatnich w drobną i precyzyjną kostkę. Mama przez pierwszych kilka chwil zerkała na Niego… z coraz mniej skrywaną irytacją… aż wreszcie niecierpliwie mówiła „wiesz, Janusz, mógłbyś kroić mniej drobno, byłoby szybciej, nie musi być tak dokładnie w kosteczkę”, na co Tato, spoglądając niewinnie znad szkieł okularów, pytał spokojnie „a MOGĘ  tak?….”


Kurdę, no. Widzę Ich oboje przy tym stole. Słyszę Ich głosy. Czy to możliwe, że już nigdy przy nim nie usiądą?…

Mijały lata i w miarę jak dorastałam, stawałam się coraz bardziej świadomym uczestnikiem rodzinnych świąt, okazji i uroczystych okoliczności, które rozkwitały imprezami – także kulinarnymi, wszyscy w Rodzinie gotowali nieźle albo bardzo dobrze, w tej drugiej kategorii plasował się także mój Tato.
Więc imprezy rodzinne, więc duży pokój, naprawdę spory, z trzema oknami, wychodzącymi na Stary Rynek, – dziś pewnie, wedle zbzikowanej nowomowy „dizajnerskiej”, trzeba byłoby powiedzieć o tym pomieszczeniu per „salon”, ale dla nas był to zawsze „duży pokój”, i tyle.
Imprezowało się tam, biesiadowało, obchodziło święta zimowe i wiosenne, wznosiło toasty… ale jakoś tak w pewnym momencie, cichcem-chyłkiem, pojedynczo lub małymi grupkami, towarzystwo wymykało się do kuchni.
I pomimo pięknie zastawionego stołu i frykasów w „dużym pokoju”, prędzej czy później puls imprezy zaczynał tętnić właśnie przy tym zwykłym, kuchennym stole.
Pod abażurem lampy wiszącej nisko nad głowami, latem obleczonej w materiał w biało-niebieską, a zimą – w biało-czerwoną kratkę. Pod zawieszonymi na ścianach, oszklonymi i oprawionymi w drewniane ramki rysunkami cztero- czy pięcioletniej Marty, okrutnymi bazgrołami pełnymi faraonów, argonautów, kotków i koni w kolorach każących oczom wypływać przez uszy (pomysł Tatusia, dumnego rodzica jedynaczki, ehhh…). Na poskrzypujących, rzeźbionych krzesłach i długiej ławie, która pełniła rolę miejsca „honorowego” i wszyscy goście namolnie pchali się właśnie na nią…

Minęły lata, zabrakło – jakże szybko, za szybko, i jak dramatycznie! – Ojca. Jego puste miejsce przy kuchennym, takim całkiem zwyczajnym stole, boleśnie przypominało o utracie.
Ale trzeba było nadal żyć i z pierwotnego udawania, że się człowiek cieszy życiem, z wolna powracało się do faktycznej radości. Niepełnej, bo jak może być pełna bez Najbliższych osób, ale jednak – szczerej..

Moje młodzieżowe, a potem „wczesnodorosłe” imprezy także zaczęły, idąc śladem rodzinnej tradycji, kiełkować z „dużego pokoju” do kuchni. Prędzej czy później, cichcem-chyłkiem, pojedynczo lub małymi grupkami, moi goście wędrowali długim korytarzem, pod surowymi i wąsatymi obliczami drewnianych rzeźb wiszących na ścianach, do tego pyrkającego garnkami na piecyku serca domu.
Czy już wtedy wiedziałyśmy z Mamą, że tutaj właśnie jest to centrum ciepła i bezpieczeństwa, jakie kojarzy się nam zawsze z Domem Rodzinnym?…
Być może. A być może była to wiedza, która po prostu przesączyła się w nas i w naszych gości wraz z zapachami pieczonych ciast i mięs, aromatem kawy czy smakiem herbaty z cytryną i pewnego dnia zwyczajnie stała się pewnikiem, stałym punktem, ustaloną tradycją…
Ten zwyczajny, sosnowy stół „widział” i spokojne, towarzyskie pogwarki przy ciasteczkach, i wariackie spędy rockowo-metalowej braci, goszczącej przez wiele lat w moim domu podczas sylwestrowych nocy. Piętrzyły się na nim talerze z domowym bigosem albo małe talerzyki z rogalikami; stawały miski z grochówką lub brytfanna z pieczonym kurczakiem po staropolsku; chichotało się nad nim z koleżankami i przyjaciółkami albo toczyło długie i nieco monthy pythonowskie dyskusje w ściśle rodzinnym gronie.
Zagniatało się na nim ciasto na  świąteczne wypieki albo godzinami obierało i oczyszczało kosze zwiezionych z Borów Tucholskich grzybów (to ostatnie – ku „dzikiej” radości mojej Mamy, która z darów Lasu uznawała wyłącznie jagody, maliny i poziomki, najlepiej już umyte i bez robali).
Siedziało się w milczeniu przy posiłkach, każde zatopione w swojej gazecie czy książce, polowało się na „honorowe miejsce” na ławie i zazdrośnie chowało na niej pod tyłkiem świeżo kupione czasopisma; przesuwało się rozleniwione, zaspane Koty i stawiało przyniesione zakupy…
Nasz Dom na Starym Mieście zabrała już fala Czasu i zdarzeń – kamienica stoi do dzisiaj, oczywiście, ale po nas nie ma już w niej śladu, mieszkanie należy do innych ludzi, szyby okienne już nie pamiętają naszych odbić, ściany nie rezonują naszymi głosami, krokami, śmiechem…
Zabrakło ukochanej Mamy, odeszli bardzo bliscy, dobrzy Ludzie, nie tylko z Rodziny, których tak chętnie gościło się przy każdej okazji i bez okazji także..
Z niewielu w sumie rzeczy i mebli z tamtego życia pozostał między innymi ten stół.
Taki zwyczajny zupełnie, sosnowy, sfatygowany, z poobijanym i pouszkadzanym gdzieniegdzie blatem.

Z chęcią siedziałabym obok niego na podłodze, a niechby i pod nim, byleby znów zgromadzili się wokół niego moi Najbliżsi…


1stół

2stół1

Rodzina1

forever frozen

To nie tak  miało być…
Jeśli istnieje oczekiwanie tak potężne, że nawet mróz i śnieg nie zdołają go zakuć w lodową skorupę, tak gorące, że równikowe powietrze staje się przy nim chłodnym zefirkiem, tak przepełnione tęsknotą, że ukoić ją może tylko zatopienie ciała i duszy w dotyku wód jeziora, zamykających się drżącą rozkoszą na skórze czekającej spełnienia – to jakże może nadejść wiatr, który, zaczynając od lekkich podmuchów przepowiadających Nieuniknione, w końcu obedrze to oczekiwanie, i tęsknotę, i pragnienie do gołych kości? każde zadygotać w przeczuciu porażki, rozbije w pył każdą nadzieję, każde marzenie?…..

To nie tak miało być…
Jeśli istnieje sen o dojrzałych kłosach, z których zbiera się ziarno dla duszy i ciała, jeśli tkają się w słońcu od wiosny po lato marzenia cieńsze od pajęczej nici, na których kotwiczy się statek ufności; jeśli nadmorski  piasek przesypuje się w palcach w podwalinę Domu Wymarzonego, to jakże może nadejść dzień, gdy z otwartego okna popłynie nagle chłód, ścinający krew i myśli, gaszący światło Słońca, zrywający kruche nici zaufania?..

To zawsze tak jest i zawsze się dzieje…
Przeczucie chłodu, dech Zimy, nieustanna obecność lodowatego ziarna wbitego głęboko w serce – zawsze, za każdym razem wzrośnie prędzej czy później i rozwinie sztandary nad czymś, co usiłowało zakwitnąć, rozplenić się, objąć i spleść w radosnym tańcu niemożliwe do połączenia ścieżki…

To, co pozostaje po zniszczonych złudzeniach Lata, jest pyłem otrząśniętym z iluzji, lampą rozbitą o skały, okruchem światła zamierającym w coraz szybciej nadchodzących Ciemnościach.
To, co pozostaje do zrobienia, to zanurzenia ciała w Muzyce, pozwolenie Jej na przeniknięcie aż do popękanego dna; to otwarcie się na nadejście fali, która zmiecie świadomość porażki daleko w objęcia brzegu, byle dalej od Statku, który w ciszy samotności popłynie…. jeszcze dalej.
Jak najdalej od Lata, które zamraża chłód Nieuniknionego…..

 

 morze

 

 

Mój port jest daleko, tak bardzo daleko,
a droga do niego rozmywa się łzami;
mój port tonie w cieniach, a świat się zamyka
za serca trzepotem jak  światło za drzwiami.

Mój port jest daleko, a noc szlak mój skrywa,
I schron mój bezpieczny zakryły już fale;
Już wrak moich marzeń o rafy rozrywa
świadomość utraty – jak płynąć mi dalej?…

Mój port zniknął w mroku i nic się nie zmieni,
latarnie na statku pogasić już trzeba;
Przywyknąć do sztormu, lec w ciszy wśród cieni:
gdy skończy się oddech – już bólu się nie bać….

gardno

trcina

lato1

lato

syndrom niechcieja

Dobry boże, bądźże w stanie
zbudzić Koty – wszak to ranek!
wszędy cisza oraz senność..
Oczy ciężkie… widzę ciemność!..

Dobry boże, bądźże miły:
spraw, by lenie się zbudziły,
bo co spojrzę na ten pokot –
sennie robi się i błogo..

Dobry boże, zrób coś, proszę,
bo choć się z zamiarem noszę,
by już wstać, by zacząć dzionek – 
idzie nijak, no bo ONE!!..
One ciągle śpią, dziadygi,
żadnej nie chcąc mieć fatygi
poza snuciem się do michy.
Takie z nich leniwe michy!

Dobry boże, no sam popatrz:
czy się można zaktywować
gdy od świtu już codziennie
widać ciągle i niezmiennie
wciąż rozwarte w ziewie paszcze..
potem kotek słodko mlaszcze
i osuwa się znów w kimę.
Co – prześpimy CAŁĄ zimę?!?..

ziew (1)